Przenosiny

niedziela, 21.września.2008, 20:45
Oficjalnie już informuję (tak pro forma, bo i tak wszyscy wiedzą), że przeniosłam bloga na www.alitsea.ownlog.com i tam też ukazał się najnowszy, szósty rozdział.
Ot i tyle ^^
Lena Nika
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział V

wtorek, 22.lipica.2008, 20:42
Kończę z obietnicami, bo jak się okazuje, dotrzymywanie terminów to zdecydowanie nie jest moja najmocniejsza strona =.= Tak więc następny rozdział będzie wtedy, gdy go napiszę, ot i tyle.
No i przypomnienie poprzednich rozdziałów:

Victoria , zamierzając do Searvey, otrzymuje list od swojej dawnej przyjaciółki, z którą nie miała kontakty od lat; w tym liście zostaje ostrzeżona przed niebezpieczeństwem, które na nią czeka w mieście. Według autorki listu Victoria ma być bowiem aresztowana pod fałszywym zarzutem. Czarodziejka jednak mimo to nadal zmierza wraz z Lilką do Searvey.

Wydarzenia opisane w drugiej części notki nawiązują natomiast do nowego wątku.




Miasto wyłoniło się dosłownie znikąd. Jeszcze przed chwilą patrzyły na pusty trakt, który wydawał się ciągnąć w nieskończoność, aż tu nagle przed nimi wyrosły stalowe wieżowce, lśniące w blasku listopadowego słońca i tysiące latających pojazdów, unoszących się swobodnie nad ulicami. Na tej szerokości geograficznej powoli nadchodziła zima i Victoria była zmuszona niemal przez całą drogę używać zaklęcia rozgrzewającego. Jednak, gdy wjechały w obrzeża miasta, dała o sobie znać klimatyzacja miejska i otoczyło je ciepłe powietrze. Precyzyjnie odmierzona temperatura wynosiła dokładnie zero Etkienów*, co stanowiło temperaturę uniwersalną, panującą w miejscach cywilizowanych przez cały rok.
Searvey nie było otoczone żadnym widzialnym murem, które miałoby chronić miasto przed atakiem. Budowane na modłę miast Południowej Alitsei, rozwijało się swobodnie wszerz i wzwyż, zabezpieczone magiczną osłoną, nieprzepuszczającą nikogo bez odpowiedniego zezwolenia. Dlatego właśnie Victoria, zamiast wkraść się niepostrzeżenie do miasta, czekała teraz przy zachodniej bramie, rozważając, co też miały znaczyć ostatnie zdanie listu Karielle. Wbrew pozorom, nie wszyscy urzędnicy dają się przekupić.
„Że niby w Kirdisie miałby się znaleźć urzędnik, którego nie skusiłaby okrągła sumka z całkiem przyzwoitą ilością zer? I to za rzecz całkiem niewinną: wpuszczenie do miasta bez podania numeru identyfikacyjnego? Niemożliwe…”
Korupcja panująca w Kirdisie przeszła niemal do legendy. Co prawda Searvey to nie Reilinren, stolica kraju, ale mimo wszystko, ta sama mentalność…
W ogóle, cała ta sprawa była bardzo dziwna. Zakładając, że list wysłała Karielle – bo w końcu pismo należało do niej i raczej mało możliwe, aby ktoś przypadkowy był w stanie je podrobić – to nadal to nie wyjaśniało tego, czemu odezwała się po tylu latach milczenia. I skąd wiedziała, że szykują na jej starą przyjaciółkę jakiś spisek. Victoria jakoś nie mogła uwierzyć w szczere intencje nadawcy listu. Zbyt długo żyła na tym świecie, żeby nie zauważyć, iż bezinteresowność jest towarem bardzo deficytowym.
Tym niemniej miała nadzieję, że w mieście wreszcie coś się wyjaśni. I tak musiała się tam dostać, a co szkodzi zachować ostrożność…
-Witamy w Searvey.
Wreszcie ktoś bez bełkotliwego akcentu mieszkańców Kresów! Perfekcyjna dykcja, staranna wymowa, język uniwersalny, którego uczą w szkołach, a nie w wiejskich chatach. Victoria mimowolnie uśmiechnęła się do siedzącej naprzeciw niej kobiety, Alvy Riesstil, jak dowiedziała się z identyfikatora przypiętego na bluzce urzędniczki. Ze zwyczajną sobie hipokryzją zapomniała o tym, jak kiedyś ona sama, dziewczynka wychowana na Kresach, miała ogromne problemy z właściwym akcentem.
Urzędniczka odwzajemniła uśmiech. Była młoda, dopiero po studiach, i nie zdążyła jeszcze wpaść w szarą rutynę codziennej pracy.
-Numer poproszę.
-Widzi pani, gdyby dało to się jakoś obejść… - Victoria włożyła w te słowa całe pokłady swojej milszej strony natury, ukrytej skrzętnie w dalekich zakamarkach duszy. Objawiały się tylko i wyłącznie wtedy, kiedy czegoś chciała, a akurat tak się składało, że szantaż albo zastraszenie nie bardzo wchodziło w grę.
-Proszę pani, żeby wejść do miasta trzeba potwierdzić swoją tożsamość. – Alva nadal była miła i uprzejma, ale w jej głosie pojawiły się ledwo dostrzegalne nutki zniecierpliwienia. Siedzące przed nią czarnowłosa kobieta nie wyglądała na mieszkankę Kresów, bardziej na przybysza z Południa, z Darestii, tak więc nie podejrzewała ją o nieznajomość przepisów. Raczej o to, co właśnie Victoria próbowała zrobić.
-Dziesięć tysięcy wystarczy?
-Słucham?
Czarodziejka zastanowiła się przez chwilę. Mogły być na podsłuchu, a jak ta smarkula naskarży… Ale teraz już nie mogła się wycofać.
-Dziesięć tysięcy zilinów. - Na wszelki wypadek tę wiadomość przekazała telepatycznie.
-Proszę pani, to…
-Lepiej odpowiadaj mi myślami, tak będzie bezpieczniej. Dam ci dziesięć tysięcy za wpuszczenie mnie do miasta bez numeru. Nie zamierzam nikogo zabić ani coś, po prostu wygasła mi wiza, a nie mam czasu na wyrobienie kolejnej.
-Tak? A można wiedzieć, dlaczego? - spytała podejrzliwie. Nie zamierzała tak łatwo stawiać swojej kariery pod znakiem zapytania, nawet za sumę prawie dziesięć razy większą od jej miesięcznej pensji.
-Urlop mi się kończy, a szef mało wyrozumiały, więc sama pani rozumie… Po prostu nie sprawdziłam daty przed wyjazdem i teraz przez moją nieuwagę mogą mnie zwolnić z pracy…
Wyraźnie wyczuła wahanie ze strony urzędniczki. Zdaje się, że jej improwizacja zaczyna przynosić efekty. Co więcej, jej rozmówczyni zaczęła udawać, że coś pilnie notuje na elektrokartce, żeby nie wzbudzać podejrzeń.
Czyli jednak obiekt był monitorowany. Niedobrze.
Tymczasem Alva analizowała w myślach przedstawiona jej propozycję, zerkając kątem oka w stronę Victorii. Cóż, było widać, że czarodziejce nie brakowało w życiu niczego, a już na pewno w kwestii dóbr materialnych. Zapewne dziesięć tysięcy w uniwersalnej walucie** stanowiło sumę, którą wydawała rocznie choćby na hmm… perfumy? Bogaci alfiści***, uważają, że mogą kupić wszystko…
Nie, Alva nie potępiała panującego w Krajach Rady systemu klasowego. Po co miała się buntować, skoro i tak nie było lepszej alternatywy? Czy lepszy model społeczeństwa stanowił ten stosowany w Lishkanie, gdzie, jak powtarzały wszystkie medialne autorytety, panował chaos, fanatyzm religijny, gdzie parlament miał służyć tylko jako przykrywka dla działań szalonych czcicieli okrutnej bogini? Tutaj miała przynajmniej zapewniony spokojny i godny byt.
A skoro nadarzała się okazja, aby dorobić… Taka suma wystarczyłaby jej na opłacenie czynszu za mieszkanie przez najbliższe trzy lata. A może nawet, gdyby jeszcze trochę sama oszczędziła, kupiłaby sobie własne lokum? Albo pojechałaby wreszcie na porządne wakacje? Do jakiegoś pięknego kurortu nad Morzem Römmen…
Oferta wydawałaby się być zachęcająca. Tylko jaką mogłaby zapłacić za nią cenę?
-A ta mała? - wskazała na Lilkę, usiłując zyskać na czasie.
-To moja siostrzenica. - Victoria zaakcentowała tą wiadomość tak, jakby było to coś wstydliwego. Cóż, dało się zauważyć, że dziewczynka pochodziła z Kresów, a to nie stanowiło powodu do dumy…
-Ma wizę?
-Ma - skłamała gładko, wiedząc, że i tak urzędniczka nie będzie mogła sprawdzić. Każde wyszukiwanie danych pozostawiało po sobie ślad w komputerze, a dosyć dziwacznie by wyglądało, gdyby się okazało, iż pięcioletnia dziewczynka podróżuje sama z Zachodnich Kresów do Searvey.
-A więc dobrze. Może pani wejść do miasta, ja już postaram się o to, żeby dokumentacja wyglądała, jak należy. A co do kwestii… wynagrodzenia…
Dalej wszystko poszło zgodnie z planem Victorii. Niestety wyczyściła się niemal doszczętnie z gotówki, ale gdy wyjaśni całą sprawę, to już nie będzie miało znaczenia. W końcu na swoim koncie bankowym trzymała setki tysięcy zilinów, więc dziesięć tysięcy w te czy wewte nie robiło jej większej różnicy.
I gdy przechodziła razem z małą Lilką przez bramę, pozostawiając wcześniej swojego pegaza w stajni na przechowanie, była święcie przekonana, że korupcja to sumie dobra rzecz, a za pieniądze można kupić wszystko. Nie pomyślała tylko o tym, iż nie tylko ona owe pieniądze posiada i że gra może toczyć się o stawkę, przy której ona była tylko pionkiem. Marionetką w rękach osób o wiele potężniejszych i zdolnych do wszystkiego, aby osiągnąć swój cel…


Gdyby nie grupki żołnierzy, patrolujących okolice, miasto wyglądałoby niemalże na wymarłe. Mieszkańcy Mardy, osady leżącej na granicy wpływów Rady Alitsei i Lishkanu, byli przyzwyczajeni do tych dosyć częstych zmian „właścicieli”. Ci, którzy wytrzymali ciągłe napady, a to ze strony wojsk kirdyjskich z południa, a to przeróżnych frakcji wyzwoleńczych z północy, nieoficjalnie wspieranych przez Republikę Lishkańską, wiedzieli, że w pierwszych dniach, a szczególnie nocach, po ogłoszeniu „nowej” władzy, najlepiej w ogóle nie wychodzić z domu. Okna zasłonięte, nie przepuszczały na zewnątrz ani drobiny światła, jedynie gwiazdy i dwa księżyce oświetlały spadziste dachy osiedli, rozciągających się wokół centrum, paradoksalnie najbardziej ponurego i cichego miejsca w Mardzie. Milczące, ciemne wieżowce, często straszące szkieletami niekończonych jeszcze konstrukcji, przypominały o tym, czym to miasto miało być i czym się już nigdy nie stanie. Nie stanie się, bo gdy krwawa Rewolucja utopiła wreszcie swoich przywódców we własnej krwi, „nowy bóg”, Przewodniczący Rady, wyznaczył takie a nie inne granice swoich wpływów.
Losy Sillanny Laksenne**** przypominały trochę losy miasta – też kiedyś była piękna i też oszpecił ją konflikt, jaki nieustannie panował na linii Rada-Lishkan. Jasne włosy, które niegdyś przypominały falę czystego złota, stały się zmatowiałe i zniszczone; twarz natomiast, ukryta za kapturem, nosiła ślady licznych poparzeń. Zaklęcie, którym ją potraktowano, miało skazać ją na długa i bolesną śmierć. Wszystko przez to, że należała do tej „sekty”, do Świątyni Pani. Istotnie, wielkie było miłosierdzie Przewodniczącego i jego namiestników…
Zapewne nie dożyłaby następnego wschodu słońca, gdyby nie to, że dwa dni temu grupka żołnierzy, należącej do którejś z frakcji włóczących się między Lishkanem a granicami Kirdisu, zdobyła miasto. W większości nie byli to, co prawda, mieszkańcy Lishkanu, ale wyznawali religię Świątyni i traktowali ją, Kapłankę, z ogromnym szacunkiem. Zaklęcie udało się zneutralizować, jego skutków – niestety nie. Nawet w najnowocześniejszej klinice w Lamvernie rany, jaki pozostawił ten czar, nie mogłyby zostać wyleczone z dnia na dzień i wymagałyby długiej kuracji. A co dopiero w tym zniszczonym cichą wojną mieście…
Wiatr, który zerwał kaptur Sillannie, przytargał także skrawek papieru. Kapłanka nie zwróciła na niego uwagi, znała treść propagandowych ulotek, które od dwóch dni krążyły po mieście. Ruszyła powoli przed siebie, zmierzając mimowolnie główną drogą w stronę centrum. Teraz panowała cisza, ciemność niezakłócana nawet blaskiem latarni; kłopoty z elektrycznością były czymś naturalnym w nowozdobytym mieście. Sillanna przypomniała sobie jednak paradę, która miała miejsce zaledwie wczoraj. Tak, szczęśliwi mieszkańcy, witający obcych żołnierzy niczym wybawicieli, kilka telewizji, zaproszonych specjalnie na tą okazję, reporterzy, wzruszające historie o okrucieństwie „okupanta”, czyli Rady Alitsei… O tak, propaganda ruszyła pełną parą, nawet ją chciano wciągnąć w tą machinę kłamstw. W końcu świadectwo Kapłanki, cenna rzecz dla opinii publicznej. Ona jednak przezornie unikała mediów, nie taką przyjmowała rolę do spełnienia, gdy przysięgała służyć Pani. Nie chciała mieszać się w polityczne rozgrywki i z pewnym niesmakiem obserwowała, jak Świątynia coraz bardziej ingerowała we władzę, a stanowisko Najwyższego Kapłana stało się niejako jednoznaczne z funkcją przywódcy Lishkanu.
Główną ulica doszła do siedziby byłego zarządcy miasta; przy wejściu do budynku pyszniła się swoją czerwienią ostatnia flaga Rady Alitsei, która pozostała w Mardzie. ”Czyżby zamierzali ją spalić dopiero wtedy, gdy już osądzą zarządcę? A może…”
Sillanna usłyszała czyjś szept i czerwono-srebrny sztandar zapłonął ogniem. Odwróciła się, za nią stał mężczyzna w wojskowym mundurze, z wyglądu typowy Lishkańczyk – niezbyt wysoki, ale mocniej zbudowany niż przeciętni mieszkańcy Południa, ciemnowłosy, o skośnych oczach. Kapłanka rozpoznała w nim dowódcę jednego z oddziałów, które zdobyły miasto.
-Arshanale – przyłożyła dłoń do piersi i skłoniła się, pozdrawiając go słowami w języku lishkańskim.
-Arshanale, Kapłanko – żołnierz powtórzył ten gest.
-Czemu pan to zrobił? Czyżbyście zrezygnowali ze wszelkich negocjacji z byłym zarządcą?
-Nie będziemy negocjować ze sługusami blondwłosego skurwysyna. Jeśli Rada chce pokoju, to niech on sam do nas przyjdzie o ten pokój prosić.
„Co oni chcą w ten sposób osiągnąć?”, pomyślała Sillanna. „Że działają z ramienia Lishkanu, to pewne. Chcą sprowokować namiestniczkę do szybszego wywołania wojny? Bo wszystko na to wskazuje. Żebyśmy tylko potem to my nie musieli prosić Przewodniczącego o pokój, okupując go kolejnymi sankcjami i ograniczeniami.”
Kapłanka spojrzała ponuro na płonącą płachtę materiału, jak gdyby widziała już w swojej wyobraźni ten ogień, którym wkrótce mogą zapłonąć całe miasta. Ogień wojny, która zdawała się być nieunikniona. Zapadła cisza, zakłócana tylko dobiegającymi z oddali rozmowami żołnierzy.
-Wie pani, że mieliśmy osądzić byłego zarządcę Mardy? – Dowódca przerwał wreszcie przedłużające się milczenie.
-I po co mi pan to mówi?
-On podpisał wyrok na panią. Uznaliśmy, że pani ma prawo do zemsty.
Sillanna uśmiechnęła się krzywo. O tak, to wielki zaszczyt, że chcą jej dać okazję do pomszczenia swoich krzywd.
-Cała moja rodzina miała obsesję na punkcie vendetty… Znał pan Czarnego Anioła, Andraya Laksenni?
-Nie osobiście, ale… Każdy w Lishkanie o nim słyszał. Tylko co to ma do rzeczy?
-Był moim bratem i myślał podobnie jak pan. Kiedyś zdarzyło się, że ktoś… skrzywdził mnie. Wie pan zapewne, że sądy w Lishkanie paręnaście lat temu, cóż… nie działały jak należy i Lishkańczycy zazwyczaj sami wyznaczali sobie sprawiedliwość. Andray, choć młodszy ode mnie, chciał się koniecznie mścić i udało mu się schwytać owego złoczyńcę. Był to zaledwie nastoletni chłopak, któremu bzdurna ideologia pomieszała w głowie, ale mimo to miał umrzeć. Mój brat zwrócił się do mnie wtedy podobnymi słowami co pan, mówił o prawie do zemsty, o krzywdach, które muszą zostać wygrodzone… Ja jednak tego nie pragnęłam, bo zrozumiałam, że jedna śmierć pociągnie za sobą drugą. Prosiłam Andraya, żeby tego nie robił, żeby nie nakręcal spirali vendetty, ale on nie chciał mnie słuchać. A potem… Słyszał pan na pewno… - Sillannie zadrżał nieco głos. -…o tym, co się z nim stało. Z moim bratem.
-Zastrzelili go. Podobno prowadził różne, hmm… podejrzane interesy, zapewne komuś się to nie podobało - mężczyzna starał się ukryć zniecierpliwienie, które powoli go ogarniało. Ci Kapłani i ich wzniosłe gadki… Nie wszyscy mieli tyle czasu na filozoficzne dysputy i na rodzinne opowieści.
-Owszem, zastrzelili. Ale nie jego rywale w interesach, ale rodzina tego chłopaka, którego on zabił w imię zemsty. Zastrzelili ze zwykłej broni, wtedy, gdy on się tego wcale nie spodziewał… Do tego prowadzi vendetta i ja nie chcę mieć z nią nic wspólnego.
Żołnierz spojrzał na nią dziwnie. Jakże to, czyż w końcu zemsta nie była siostrą sprawiedliwości, o którą tak ciężko na tym świecie? Czyż gdy się mścili za krzywdy swoich bliskich, nie wyrażali w ten sposób swojej miłości do nich? Nauka Świątyni pochwalała zemstę, natomiast ta Kapłanka mówiła o jej złych stronach.
-Mam więc rozumieć, że nie chce mieć pani nic wspólnego z wyrokiem, jaki spadnie na byłego zarządcę? – spytał chłodno.
Sillanna, mimo iż nie mieszała się do polityki i czuła do niej swoista niechęć, dosyć dobrze znała jej mechanizmy. Zdawała sobie sprawę, czemu właśnie jej proponowano ten wątpliwy zaszczyt osądzenia zarządcy. Była Kapłanką, a Świątynia stanowiła chyba najbardziej charakterystyczny element lishkańskiej społeczności. Zdobycie Mardy miało zostać powiązane z Lishkanem, a ona nieco zepsuła im szyki. Nie rozumiała jednak do końca, co za plan był w ten sposób realizowany i dlatego tym bardziej nie chciała się w to mieszać.
-Nie. Osadźcie go, jak uznacie za sprawiedliwe, ja do niego nie chowam urazy – odrzekła łagodnie, uśmiechając się jednocześnie w duchu nieco ironicznie. – I nie palcie więcej czerwono-srebrnych flag.
-Trzeba niszczyć symbole wroga…
-Taki sam sztandar zdobi ołtarz Pani w lishkańskiej Świątyni - mruknęła, przerywając mu. Wiedziała, że w tej chwili zabrzmiało to niemal jak bluźnierstwo, ale taka była prawda. W końcu ich Pani też kiedyś pełniła funkcję Przewodniczącej Rady…
-Nie wnikam w waszą dziwaczną symbolikę, ale ja wiem, że te flagi się różnią i to o cholernie dużą różnicę. Tamta jest nasza, a ta… – Wskazał na zwęglone resztki czerwono-srebrnego materiału. – …jest ich. Dowiedzenia, Kapłanko.
Mężczyzna zniknął w mroku listopadowej nocy, a Sillanna została sama. Tak, my i oni, my jesteśmy dobrzy i mamy rację, tamci są źli i trzeba ich zniszczyć. A wszyscy byli takimi samymi istotami, ludźmi, numidami, elfami, wilami… To nie w nich należało szukać winy, ale w tych, którzy stali na górze. Sillanna wiedziała jedno – gdyby miała okazję porozmawiać kiedyś przed Przewodniczącym Rady Alitsei, to słowa, które by do niego skierowała, bynajmniej nie traktowałyby o miłości i przebaczeniu…



*zero Etkienów, 0E; jest to jednostka określająca temperaturę stosowana na terenach tzw. Południowej Alitsei (państwach będących niejako spadkobiercami kultury Imperium Arlińskiego; w większości są to kraje Rady). 0E to temperatura wynosząca mniej więcej 23ºC.

**ziliny są walutą uniwersalną Krajów Rady, honorowane we wszystkich krajach, nawet w Lishkanie. Oprócz nich wyróżnia się również waluty lokalne, których kurs jest wyznaczany na podstawie kursu zilinów

***przedstawiciele klasy alfa, najwyższej klasy społeczeństwa Alitsejskiego; nazwy klas zostały przeze mnie przetłumaczone z języka arlińskiego na grekę, aby ułatwić ich zapamiętanie. Cóż, nawet ja nie zawsze muszę wszystko utrudniać, a chyba alfabet grecki, przynajmniej początek, powinien kojarzyć każdy.

****tak, to skrót od tego długiego i niemożliwego do wymówienia nazwiska Laksenannelikatse, które noszą Mia i Charlie; po prostu w Lishkanie maja w zwyczaju skracanie nazwisk numidzkich
Lena Nika
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział IV

środa, 11.czerwca.2008, 14:10
Tak, tak, wiem, znowu strasznie długo nie pisałam. Możecie mnie nazywać leniem tudzież Lenią, proszę bardzo. Ale Lenia postanowiła sobie, że w wakacje się weźmie w garść i (uwaga, uwaga) postara się pisać co dwa tygodnie! Nierealne? Zobaczymy.
Poniższa notka jest, hm... No cóż, nie będę marudzić, bo mi to wejdzie w nawyk i przed każdym rozdziałem będę twierdzić, że mi nie wyszedł. W końcu, to wy, czytelnicy, będziecie oceniać. Cieszę się bardzo, że was już jest spora gromadka i dziękuję za wszystkie komentarze!
A teraz jeszcze przypomnienie.

Victoria wraz z Lilką wyruszyła ze swojej rodzinnej wioski i zmierza do Searvey, najbliższego nowoczesnego miasta, gdzie na czarodziejkę oczekuje Charlie, numid należący do Gildii Magów, w której pracuje też Victoria. Po drodze zatrzymały się w osadzie, gdzie Lilka miała wizję przeszłych wydarzeń, związanych z Rewolucją. Victoria jednak nie traktuje dziewczynki poważnie i nie interesuje się nią prawie wcale.
Mia Laksenannelikatse, młodsza siostra Charliego, w celu dokonania zemsty za śmierć Lisolette Laksenannelikatse, podąża za pewnym elfem aż do Nowej Moskalii. Ów elf, Aislinn, jest dowódcą wschodnich terenów granicznych Elishalli i w swojej ojczyźnie jest praktycznie nietykalny. Mia więc postanawia wykorzystać szansę, która się nadarza, i pozbyć się go w chwili, gdy znajduje się właśnie poza granicami kraju.

Dzisiaj notka wyjątkowo wielowątkowa. Ale chyba się nie pogubicie xD.



Droga była zarośnięta, zaniedbana i ogólnie – mało uczęszczana, mimo iż prowadziła do jednego z największych miast Krajów Rady na północy. Ale w końcu kto z Searvey będzie podróżował na Zachód? Tam już nie było nic, tylko pola, lasy i wioski dzikich ludzi, których przecież, według Searvejczyków, nawet ciężko nazwać istotami rozumnymi.
Victoria, wsłuchana w równomierny stukot kopyt pegaza, starała się patrzyć optymistycznie w przyszłość. O tak, na pewno zaskarży kogoś do Trybunału i dostanie odszkodowanie za utrudnianie jej podróży. A Charlie pewnie powie, czego chce i się od niej odczepi. W końcu ten idiota nie lubił tracić swojego jakże cennego czasu. Lilkę wciśnie do jakiejś Akademii, niech się mała szkoli, może przynajmniej coś z niej będzie. Bo jak na razie to ciągle tylko jej przeszkadza. Taaak, wszystko będzie jak dawniej...
Nagle coś przeleciało obok niej, zahaczając po drodze o czarne włosy czarodziejki i, jakże niefortunnie, zaplątując się w nie. Victoria fuknęła i potrząsnęła ze złością głową, powodując jeszcze większy bałagan w swojej fryzurze.
Owo tajemnicze „coś” pisnęło przenikliwie, dając wyraźnie do zrozumienia, iż jest żywym stworzeniem. Złapane za ogon, wierzgało rozpaczliwie, wreszcie jednak dało się wyciągnąć i ustawić przed rozgniewanym obliczem czarodziejki. Zwierzątko przypominało jaszczurkę ze skrzydłami i zapewne w dawnych czasach zostałoby uznane za miniaturowego smoka. Obecnie jednak takie istoty jak smoki występowały jedynie w starych opowieściach, w wykopaliskach archeologicznych i na lekcjach historii.
A jednak owo stworzenie, wgapiające się w nią bezczelnie swoimi czarnymi oczkami, było bez wątpienia żywe i prawdziwe. Victoria zmierzyła je wzrokiem, jakby zastanawiając się, czy je usmażyć żywcem, poszatkować na kawałki czy też przerobić na mrożonkę. Oprócz tego, z niejakim żalem, stwierdziła, iż jej wiedza, wyniesiona z Akademii, ulega coraz większej dezaktualizacji. W końcu nie słyszała wcześniej, aby prowadzono badania genetyczne nad przywróceniem gatunku smokowatych.
Dopiero po dłuższej chwili spostrzegła, że jaszczurowata istota ma przyczepione na nóżki coś białego.
„Czyżby jakiś list?”
Zmarszczyła brwi i wzięła kartkę do ręki. Smoczuś nie protestował, zapiszczał tylko przyjaźnie, widać nie zdając sobie sprawy, jakie myśli chodziły Victorii po głowie jeszcze przed chwilą. Lilka przypatrywała się obojętnym wzrokiem, jak stworzonko ryzykuje życiem, wdrapując się na ramię czarodziejki. Jednak ona nie zwróciła na to większej uwagi, pochłonięta lekturą listu.

Victorio,
Nie miałyśmy ze sobą kontaktu przez tyle lat i być może już zapomniałaś o swojej przyjaciółce. Moje życie potoczyło się jednak inaczej niż to sobie wyobrażałyśmy w Akademii i po prostu nie mogłam Ciebie odwiedzić ani też porozmawiać z Tobą w żaden inny sposób. Jednak to nie jest odpowiednia chwila na wyjaśnienia.
Zapadł na Ciebie wyrok. Chore ambicje namiestniczki każą jej pozbyć się wszystkich, którzy mają związek z pewną przepowiednią. Idzie wojna i świat staje się z dnia na dzień coraz bardziej brutalny. Mają Cię aresztować w Searvey pod zarzutem zdrady stanu.
Nie pytaj się, skąd to wiem. Być może z początku w to nie uwierzysz, ale pamiętaj, że nadal posiadam u Ciebie dług wdzięczności. Mam nadzieję, że jeszcze mi ufasz..
Nie podawaj swoich danych i nie podłączaj się do Sieci. Wyjedź jak najszybciej z Kirdisu, najlepiej do Nastelfanu, tam będziesz bezpieczna. L. ciągle o nas pamięta.
Żałuję, że nie mogę się z Tobą spotkać, ale muszę natychmiast ruszać na Wschód. Jeśli kiedyś przypadkiem będziesz w Radencie, odwiedź mnie. Znajdziesz mnie na pewno.

K.I.Q.

PS Wbrew pozorom, nie wszyscy urzędnicy dają się przekupić.


List, zaraz po przeczytaniu, zamienił się w popiół.
„Karielle... To jakiś żart? Że niby mnie chcą aresztować pod zarzutem... zdrady?! Mnie, do cholery?! Przecież to niemożliwe...”
Victoria jednak zdawała sobie sprawę, że to było bardzo możliwe. Dowody zawsze się znajdą, a jeśli rzeczywiście padł na nią chociaż cień podejrzenia, iż może przeszkodzić w wyprawie wojennej do Lishkanu... Dla namiestniczki to kwestia życia albo śmierci i to zapewne nie tylko pod względem politycznym. Sojusz władców Krain Rady był tylko pozorny, każdy z nich pragnął jak najwięcej władzy, a żeby to osiągnąć, mogli zrobić naprawdę wiele. Bez wiedzy Przewodniczącego, albo za jego milczącą zgodą. Tylko po jego władzę jak na razie nikt nie ośmielił się sięgnąć, jak gdyby wierząc w ponad sześciotysięczny mit, według którego kto raz dostał zwierzchnictwo nad Radą Alitsei, ten stawał się bogiem, kimś tak wielkim i nieosiągalnym, że zwykli obywatele nie potrafili sobie nawet tego wyobrazić.
Oczywiście czasy się zmieniły, a może też kolejni Przewodniczący nie mieli tej charyzmy co Lorielaie, elfka, która założyła Radę, wtedy z pozoru nieistotną opozycję dla Imperium Arlińskiego. Ale pewien respekt pozostał nadal i najbezpieczniej było się po prostu nad tym nie zastanawiać, tylko cieszyć, że życie toczy się lepiej niż na przykład w takim Lishkanie, mieście rozpusty, bezkarności i fanatycznych Wyznawców.
Victoria jednak nie wiedziała, co teraz powinna zrobić. Pismo należało na pewno do Karielle Izilie-Quaneo, przez te jedenaście lat w Akademii zdążyła je dobrze zapamiętać. Wiedziała też, że nie można było go podrobić, podobnie jak jej charakteru pisma i innych absolwentów lamverńskiej Akademii, którzy zabezpieczyli się w ten sposób przed fałszerstwem. O taki głupi żart nie podejrzewała Kari, a wszystko pasowało do siebie... Te odmówienie jej zezwolenia na latanie, rozkaz Charliego... Czemu jednak nie dawała znaku życia przez tyle lat? Przecież kiedyś były nierozłączne, interesowały je te same tematy, miały podobne plany na przyszłość, podobne ambicje i zdolności, prawie taki sam gust. Raz nawet obie zakochały się w tym samym chłopaku i z nim straciły dziewictwo, mając wtedy po czternaście lat. Tak, jeśli Victoria posiadała kiedyś jakąkolwiek przyjaciółkę, to była nią właśnie Karielle Izilie.
Dlatego z początku wpadła w wściekłość, gdy ta po skończeniu Akademii zerwała z nią wszystkie kontakty. Potem... zapomniała. I starała sobie nie przypominać. Aż do teraz.
-Co to był za list? – Z zamyślenia wyrwało ją dopiero to pytanie, zadane przez zazwyczaj milczącą Lilkę. Dziewczynka trzymała w dłoniach garstkę popiołu.
-Nie twoja sprawa – mruknęła. Zrzuciła z siebie smokopodobne stworzenie i odegnała je ręką. Musiała dostać się do Searvey, już nawet pomijając rozkaz, po prostu innej drogi nie było... Spojrzała przed siebie. W oddali majaczyła się już lśniąca plama – ostatnie miasto na Zachód i na Północ, do którego sięgała południowoalitsejska cywilizacja.


-Lineri... Dobzie się spiśałeś, mój kochanieńki... – Młoda, atrakcyjna blondynka, uniosła się trochę na łóżku i pogłaskała łepek skrzydlatego zwierzątka. Stworzenie wspięło się zaraz na ramię swojej pani, oplatając przy okazji swoim ogonem całą jej rękę. – Zaniosłeś liśt Victolii, tak, mądle z ciebie smociątko, wykonałeś ziadanko... Gziećny Lineruś, zialaś dostanie coś od swojej pańci... – Na dłoni kobiety pojawił się jakiś przysmak, który zaraz został schrupany przez zwierzątko. Nastąpiła kolejna seria zachwytów.
Siedzący przy biurku Charlie policzył w myślach do dziesięciu. To pozwoliło mu nie wyjść z siebie. Lisa Izilie potrafiła być nieco irytująca z tą swoją dziecinnością. A on właśnie próbował się skupić. Spojrzał na nią.
-Spadaj do siebie, mała.
Kobieta popatrzyła na niego z pewnym wyrzutem, wstała i owinęła się kocem. Podeszła do Charliego i zarzuciła mu ręce na ramiona.
-A spotkamy się w Radencie?
-Kotku, w Radencie to my będziemy na „pan” i „pani” – pozwolił sobie na lekko ironiczny uśmieszek.
-Wiem przecież – Lisa westchnęła. Już chciała odejść, gdy białowłosy przyciągnął ja do siebie i pocałował. Przymknęła oczy, jedną ręka przeczesała jego włosy, potem zeszła niżej...
-Idź już.
To zabrzmiało jak rozkaz. Blondynka prychnęła cicho. Zebrała swoje ubrania i pomaszerowała do łazienki. Charlie jednak zawsze był taki chłodny nad ranem, gdy już dostał to, czego chciał. Zupełnie inaczej, niż wieczorem...
Gdy Lisa już znikła za drzwiami, ponownie zwrócił uwagę na leżącą na stole elektrokartkę. Miał tam doskonały widok na pewną czarnowłosą czarodziejkę, która właśnie wjeżdżała w zachodnią bramę Searvey.
„Ciekawe, jak sobie poradzi nasza Vici...”


Kolorowe soczewki, aby zmienić barwę tęczówek z intensywnie czerwonych na ciepły, czekoladowy brąz.
Gruba warstwa makijażu, by ukryć wyraźnie sinawy odcień skóry.
Rzęsy długie, podkreślające zmysłowość.
Włosy rozpuszczone, spływające srebrną falą na plecy.
Wysokie szpilki, tak niewygodne po jej ukochanych glanach... Ale umiała chodzić i na tych „szczudłach”, w końcu już nie raz musiała je zakładać.
A do tego króciutka spódniczka i obcisła, skąpa bluzeczka.
Mia Laksinannelikatse sączyła właśnie powoli drinka, bardzo zadowolona ze swojego nowego image. Albo raczej – bardzo zadowolona z tego, jak dobrze wtapiał się on w otoczenie. Ten nowomoskalijski klub należał do tych bardziej „rozrywkowych”, więc przesiadywali tu raczej mało porządni osobnicy. Ze swoim wyglądem seksownej, napalonej wili nie wyróżniała się więc zbytnio z tłumu.
I o to właśnie chodziło.
Dyskretnie spojrzała na jasnowłosego elfa, siedzącego przy jednym ze stolików. No proszę, pan wielki Łowca w takim miejscu... Kto by się spodziewał, taki porządny obywatel, nienaganny wręcz patriota...
Uśmiechnęła się kpiąco. To właśnie była jej szansa, zrobić małą prowokację, upozorować wypadek... I wreszcie wypełni się ta vendetta, zemsta, którą przysięgali już blisko trzydzieści lat temu. Oni, numidzi, nigdy nie zapominali. A już na pewno nie wybaczali zamordowania własnej siostry, zabójstwa zaplanowanego i dokonanego z zimna krwią...
Najprościej oczywiście byłoby napuścić mu do łóżka jakąś zabójczynię, ale elfik widać postawił na ostrożność i raczej nie zamierzał korzystać z usług miejscowych dziwek tudzież obywatelek o lekkich obyczajach. W przysłowiowej „ciemnej uliczce” też nie było jak go dopaść, poruszając się po mieście korzystał z teleportów.
Tak więc Mia nie zamierzała zmarnować nadarzającej się okazji.
Już paru facetów próbowało ją zaczepiać, samotna wila w takim miejscu stanowiła bardzo apetyczny kąsek. Uznała jednak, iż są oni za mało nachalni i jeszcze nie wystarczająco napici, aby wykorzystać ich w zaplanowanym „przedstawieniu”. Parę słów, wypowiedzianych z chłodem bliskim temperaturze zamarzania wody, zbyło ich szybko. Alkohol w jej szklance ubywał bardzo powoli, wieczór dopiero się rozpoczynał.
Nie, nie była tu sama. Udało się jej zrekrutować całkiem sporo osób z Remalve. Misja należała co prawda raczej do tych o dużym ryzyku, a co gorsza – miała podteksty polityczne, ale podobno członkowie tej organizacji byli w stanie zrobić wszystko dla pieniędzy. Stanowiło to główną przyczyną podzielenia Remalve. Zjednoczone, stałoby się potęgą, zdolną zagrozić nawet samej Radzie Alitsei.
Przyłączenie się do tej organizacji, oficjalnie zajmującej się handlem, było dla wielu absolwentów akademii na całej Alitsei szczytem marzeń. Mia nigdy tak na to nie patrzyła. Wybrała sobie taki cel po zakończeniu studiów, z pośród wielu innych prestiżowych, a zarazem znajdujących się w zasięgu jej możliwości.
Cóż, wszyscy z jej rodziny byli ponadprzeciętnie zdolni.
-Witaj, laleczko. Zabawimy się?
Tym razem gość wydawał się spełniać wymagania. Nie tylko był wstawiony, a przez to nadmiernie pewny siebie, ale także zdawało się, iż przyszedł w towarzystwie kumpli, którzy teraz przypatrywali się z zainteresowaniem całej scenie.
Przedstawienie czas zacząć.
Mia uśmiechnęła się tajemniczo, udając, że zastanawia się nad „propozycją”. Odwróciła się do niego.
-To zależy – zmrużyła kusząco oczy.
-Daj spokój, przecież wiem, że też tego chcesz...
Ręka mężczyzny powędrowała pod jej spódniczkę. Mia uznała, że to odpowiedni moment.
-Łapy przy sobie! – wrzasnęła na cały lokal, odsuwając się gwałtownie. Zaraz potem dała natrętowi widowiskowo „z liścia”, jak na rasową dobrą panienkę przystało. Zapanowało poruszenie. Większość osób zaczęła się rozglądać, szukając źródła konfliktu
-Ty dziwko...
Złapał ją za rękę, uniemożliwiając ewentualną ucieczkę. Ale Mia nie zamierzała się ewakuować. Jeszcze nie.
-Puść ją.
Mawran, który miał przypisaną rolę „dżentelmena ratującego z opresji napastowaną dziewczynę”, zjawił się dosłownie znikąd. Także wyglądał ja przeciętny bywalec tego lokalu, cudzoziemiec, jako że przebywali tu głownie obcokrajowcy. Nie wyróżniał się niczym szczególnym.
-A bo co mi kurw...
Nie dokończył. Cios z pięści był nadzwyczaj celny i znokautował natręta za pierwszym razem. Dopiero po chwili udało się zamroczonemu mężczyźnie wstać z podłogi. Zaraz też podeszli jego koleżkowie. Najpierw poleciały przekleństwa, potem sięgnięto po grubszą amunicję. Dziwnym zbiegiem okoliczności w lokalu znalazło się nadzwyczaj wiele osób chętnych do bójki, oczywiście wcześniej podstawionych. Poszły w ruch pierwsze zaklęcia, zamroczeni alkoholem bywalcy baru bardzo łatwo dawali się sprowokować. Potem wszystko potoczyło się jak w reakcji łańcuchowej. Odżyły stare urazy, konflikty rasowe i narodowościowe, a może zwyciężyła też chęć adrenaliny...
„Pięknie...”
Mii jakimś cudem udało się wydostać z samego centrum bójki. Rozróba ogarnęła już całe pomieszczenie, pracownicy lokalu, nie widząc szans na zaprowadzenie spokoju, przypatrywali się temu bezradnie w pewnym oddaleniu. Policji przecież nie wezwą, wtedy zaraz znalazłaby się też jakaś kontrola i to oni poszliby siedzieć. Prywatna ochrona natomiast dziwnym trafem właśnie gdzieś się zmyła...
Mia odszukała wzrokiem Aislinna, owego upatrzonego elfa. Co dziwne, przypatrywał się on całej sytuacji z iście stoickim spokojem, popijając wino z kieliszka. Przez chwilę ich spojrzenia skrzyżowały się, kobiecie przez chwilę wydawało się, że na jego twarzy pojawił się na ułamek sekundy szyderczy uśmieszek. Zamrugała oczyma. Nie, jego mina znowu nie wyrażała absolutnie niczego, może oprócz lekkiego znudzenia.
Nie było mu jednak dane długo rozkoszować się spokojem. Ktoś podszedł do niego od tyłu z zamiarem wymierzenia pięknego ciosu czymś, co kiedyś służyło jako krzesło. Elf z niesamowitą szybkością odwrócił się i unieruchomił delikwenta zaklęciem.
„Tylko unieruchomił?!”
Mii wyraźnie coś nie pasowało. Na dodatek wszystko wskazywało na to, że jak tak dalej pójdzie, to elfik wyjdzie stąd bez szwanku. Czyżby jednak musiała wziąć sprawę w swoje ręce? W końcu to ona powinna... Zanim zaczną szukać sprawcy, ona będzie już dawno z powrotem w Reilinrenie. W końcu, oficjalnie nawet go nie opuszczała... I kto niby wtedy połączy jakąś wilę z baru z zastępczynią jednego z przywódców Remalve? A zresztą... Nikt nawet nie zwróci na nią uwagi w tym zamieszaniu.
Przekradła się ostrożnie w pobliże Aislinna. Była już tak blisko, tyle lat czekania na zemstę... Teraz wystarczy tylko jedno dobrze dobrane i celne zaklęcie...
Nagle do pomieszczenia wpadły puszki z duszącym gazem. Wszystko momentalnie zakryła mgła. Mii zrobiło się słabo.
„Gliny?! Nie... Straż nowomoskalijska, elita... Ale to NIEMOŻLIWE! Jak...? Skąd...?”
Osunęła się na podłogę. Już nie miała siły się nad tym dłużej zastanawiać. Otoczyła ją ciemność...
Lena Nika
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział III

wtorek, 22.kwietnia.2008, 11:56
Rozdział trochę dziwny. To znaczy miejscami. Mam nadzieję, że się nie pogubicie =.= Tak sobie nad tym myślałam, co napisała Orine albo Eldril, o tych przypomnieniach. Cóż, biorąc pod uwagę to, że ja oczywiście zawsze muszę na siłę wszystko komplikować i czasami jakaś niby mało ważna duperela z początku opowiadania może nabrać znaczenia w środku, to to rzeczywiście może być przydatne. W każdym razie coś tam skrobnę, jak komuś to niepotrzebne, to niech od razu przejdzie do rozdziału.

Czarodziejka Victoria odwiedza wioskę, w której się urodziła i wychowała. Traktuje jej mieszkańców i swoją przybraną rodzinę z góry, uważając ich za zacofanych dzikusów, którzy nawet nie znają nowoczesnego, "prawdziwego" świata. Zwraca uwagę na dosyć niezwykłą, pięcioletnią dziewczynkę, którą matka chce sprzedać na targu niewolników, i postanawia ją kupić (adoptować). Z osobą Victorii (i jeszcze z paroma innymi postaciami) związana jest dosyć niejasna wizja, o której ona sama jeszcze nic nie wie. Poszukuje jej Charles Laksenannelikatse, mag należący do tej samej organizacji co Victoria.

No, to tyle. Dziękuję wszystkim za kometarze, naprawdę miło mnie zaskoczyła ich ilość:D. Zapraszam do czytania.



Victoria od dłuższego czasu wpatrywała się w sklepienie izby, jakby oczekiwała, że znajdzie tam odpowiedzi na wszystkie zagadki świata. Jednak sufit był uparty i ni w cholerę nie pomagał czarodziejce w walce z jej własnymi myślami.
Ogólnie rzecz biorąc ostatnio chyba trochę za dużo rozmyślała, źle działało to na jej psychikę.
„Jeszcze trochę a zostanę pieprzonym filozofem...”
Z Nelain wyruszyła cztery dni temu. Normalnie dotarłaby już dawno do Searvey, ale los nie byłby sobą, gdyby nie utrudnił jej tej w miarę prostej podróży.
Przekroczenie granicy powietrznej, bariery siłowej umieszczonej jakieś dziesięć metrów nad ziemią, rozciągającej się po wszystkich niezamieszkanych terenach, wymagało specjalnego zezwolenia Centrali. Zazwyczaj nie było z tym najmniejszego problemu. Ale jak na złość akurat teraz odmówiono jej tego, podobno z jakiś „niezwykle istotnych powodów, które nie mogą zostać pani przedstawione telepatycznie”. Dalej było coś o skontaktowaniu się z ich przedstawicielami w najbliższym mieście powiatowym. Victoria postanowiła, że gdy już dotrze do Searvey (drogą lądową!), zaskarży tych nadętych bubków z Centrali do Trybunału Praw Obywatela. Czy jak tam to się nazywało...
No i jeszcze pozostawała kwestia Lilki, która po rzewnym (tylko i wyłącznie ze strony Arave) pożegnaniu z matką opuściła Nelain, tak jak Victoria prawie pięćdziesiąt lat temu, i ruszyła z nią w „wielki świat”. Dziwne uczucie, jakiego doświadczyła czarodziejka przy pierwszym spotkaniu z dziewczynką, znacznie zmalało i mała zaczynała być dla niej coraz większym utrapieniem. Nie żeby sama Lilianna coś robiła, była cicha i posłuszna, zdaje się, że nie bardzo interesował ją jej własny los. Ale Victorii przeszkadzała już jej obecność, uparty wzrok obserwujący każdy ruch czarodziejki. Ograniczało to w pewien sposób jej wolność.
Dlatego właśnie nigdy nie chciała mieć dzieci. I jeszcze z paru innych powodów – brak odpowiedniego kandydata na ojca, brak czasu, perspektywa dziewięciu miesięcy znajdowania się w stanie „odmiennym”, przekonanie o tym, iż instynkt macierzyński jest tylko wymysłem speców od propagandy prorodzinnej...
Victoria westchnęła i podniosła się z łóżka. Dość tych porannych filozofii. Świt jeszcze nie nastał, ciemność nadal panowała nad światem. Sprawdziła godzinę, była za kwadrans druga*. Rozejrzała się po izbie. Był to niewielki pokoik, schludny i w miarę zadbany, choć urządzony skromnie. Należał do jednej z bogatszych gospodyń w wiosce, w której się zatrzymała. Osada była większa od Nelain, ale biedniejsza, jakby nadal jeszcze nie pozbierała się po napadach grabieżczych, tak częstych w tych stronach za czasów Rewolucji.
Od Searvey dzielił je jeszcze dobry dzień drogi przez pustkowia i powinny wyruszyć wcześnie, aby zdążyć przed zmrokiem. Victoria ubrała się w swoje zwykłe, czarne spodnie, bluzkę tegoż samego koloru, na to nałożyła płaszcz. Włosy spięła szybko i byle jak, nie chciało jej się tracić czasu na takie szczegóły. Twarz obmyła zimną wodą. Dopiero gdy już sama była mniej więcej gotowa, aby zejść na dół, do gospody, na śniadanie, raczyła pomyśleć o Lilce. Która, zamiast leżeć spokojnie w łóżku i spać, jak przystało na grzeczne dziecko, po prostu zniknęła.
Victoria zaklęła cicho. Przeklęty bachor! Sprawdziła jeszcze dokładnie puste łóżko dziewczynki, zajrzała do łazienki, próbowała nawet wyczuć jej manę. Wszystko na nic.
„Jak ja dorwę tą cholerną smarkulę, to pożałuje, że ją matka na świat wydała!” pomyślała ze złością. Coś takiego jak niepokój o dziewczynkę nawet nie przeszło jej przez myśl. Czarodziejka, jeśli już o kogoś się niepokoiła, to tylko i wyłącznie o siebie.
Zeszła na dół. Gospodyni, pulchna kobieta w średnim wieku, powitała ją z miłym uśmiechem. Victoria mruknęła coś pod nosem, nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem. Kobiecina nie przejęła się tym zbytnio, była przyzwyczajona. Przybysze ze wschodu i południa zawsze traktowali wszystkich miejscowych z góry. Od wielu lat wynajmowała takim osobom pokoje, jeśli z jakiś powodów wyruszyli oni na Zachodnie Kresy i zatrzymali się akurat w ich wiosce. Najważniejsze było, że dobrze płacili za nocleg.
Śniadanie raczej nie przypadło czarodziejce do gustu. Podobno było zdrowe i ekologiczne, w przeciwieństwie do tych wszystkich syntetyków, którymi się zazwyczaj żywiła. Victorii wydawało się jednak być jakieś mdłe i nijakie. Paradoksalnie właśnie to sztuczne, „nowoczesne” jedzenie smakowało jakoś bardziej prawdziwie.
Po posiłku, kiedy Lilka nadal się nie pojawiła, zaczęła jej świtać w głowie myśl, że być może warto jej poszukać. Jednak szybko o tym zapomniała, gdy tylko poczuła coś, do czego już od jakiegoś czasu tak bardzo tęskniła – ślad Sieci.
Sieć... Doskonały wynalazek, bóg ateistycznej młodzieży, najlepszy przyjaciel każdego „mieszczucha”. Coś, bez czego nowoczesny świat nie mógł istnieć, bez czego wiele osób nie wyobrażało sobie swojej egzystencji.
„Na umysłowe połączenie jest za słabe, ale być może...”
Powróciła czym prędzej do pokoju. Rozłożyła się na łóżku i wyjęła kartkę. Z pozoru wyglądała jak zwykły kawałek papieru, nic więcej. Ale to był klucz do nowoczesnego świata, do jej świata. Victoria aż pisnęła z radości, gdy na kartce pojawiło się logo Sieci Połuniowoalitsejskiej. I gdy zalogowała się do serwera, reszta przestała być na razie ważna.

***


Chłodne, listopadowe powietrze owiało jej twarz, targając na wszystkie strony czarno-srebrnymi włosami. Obszerny, połatany płaszczyk, odziedziczony po starszej siostrze, nie ochraniał dostatecznie przed zimnem i Lilianna skuliła się na drewnianej belce niczym bezpańskie zwierzę. Stópki, obute w mocno podniszczone buciki, podwinęła pod siebie, kolana objęła chudymi rękoma i podciągnęła pod brodę. Czekała tak od zachodu Iesty**, czekała, sama nie wiedząc na co. Czasami dziewczynce wydawało się, że całe jej życie to nieustanne oczekiwanie na coś, co nieuchronnie musi nadejść. I ona musi być wtedy gotowa.
Dlatego dużo obserwowała. Przyglądanie się ludziom w Nelain, jedynym miejscu, które dotychczas znała, znudziło ją dosyć szybko. Wszyscy wydawali jej się w pewnym sensie jednakowi, tak samo zabiegani, zaaferowani w walkę o przetrwanie kolejnego roku, który i tak nie przyniesie im pełnej radości, może co najwyżej krótkie przebłyski chwilowego szczęścia pośród ich szarej, codziennej egzystencji.
Pewnie dziewczynka nie potrafiła by tego ubrać w słowa, tym niemniej tak właśnie myślała.
Potem Lorri próbowała jej pokazać piękno otaczającego świata. Młoda poetka miała nadzieję zarazić młodszą siostrzyczkę swoim zachwytem dla natury, podziwem dla jej wspaniałości. Jednak to znudziło się Lilce jeszcze szybciej. Przyroda, mimo swojej różnorodności, była jeszcze bardziej przewidywalna niż ludzie.
Dlatego wciąż czekała.
Przez krótką chwilę wydawało jej się, że Victoria będzie inna od wszystkich. Jednak te parę dni pozbawiło ją złudzeń. Owszem, być może i ta aura nowoczesnego świata, którą się otaczała, miała w sobie coś obcego, ale ona sama nie była nikim wyjątkowym.
Jednak jej pojawienie się sporo zmieniło w życiu dziewczynki. Nareszcie uwolniła się od dawnego życia, które nie dawało jej żadnej nadziei. To był pierwszy krok ku temu, co miało nadejść, a czego Lilianna tak oczekiwała...
Gdy pierwsze promienie słońca wystrzeliły znad widnokręgu, dziewczynka wstała i zupełnie bezwiednie skierowała się w przeciwną stronę, na zachód. Jej mała, drobna postać rzucała długi cień, twarzyczka była opuszczona ku ziemi, zasłonięta częściowo przez czarno-srebrne włosy. Wieśniacy, ci, którzy wstali wcześnie, aby wypełnić gospodarskie obowiązki, nie zwracali na nią najmniejszej uwagi, ona także nie zaszczyciła ich spojrzeniem.
Tutaj poczuła nagle coś innego. Coś obcego. Gniew, ukryty pod płaszczem obojętności, poczucie krzywdy, której nikt nie wynagrodzi... Ból, pozornie zapomniany, jednak tlący się gdzieś na dnie świadomości ludzi, którzy zostali już wieki temu skazani na taki los.
Przyśpieszyła kroku. Nowe uczucie, które ogarnęło całą jej istotę, dodało dziewczynce sił, wprawiło w stan jakiegoś niewytłumaczalnego podekscytowania. Nie wiedziała, co to oznacza, czuła tylko, że musi iść dalej.
Nie zatrzymywana przez nikogo, minęła ostatnie zabudowania i spojrzała za siebie. Niewielka wioska, skąpana w blasku wschodzącego słońca, sprawiała wrażenie, jakby ogarnął ją nieujarzmiony żywioł ognia. A może to była tylko wyobraźnia Lilianny...
Ogień i cierpienie... Odnowimy oblicze ziemi, która przez lata była zapomniana. Nie uniesie już swego łba widmo kolejnej tyranii, wszyscy będą sobie równi...
Głosy, głosy ideologii sprzed lat... Czy one mogły obchodzić prostych ludzi, którzy żyli na tej ziemi od niepamiętnych czasów?
„A jeśli ktoś się sprzeciwi?”
Czyż nie mamy pod sobą szeregów wojsk?
„Na bezbronnych...”
Wojna jest złem, ale czasami trzeba wybrać mniejsze zło, aby osiągnąć szczytny cel.
„To jest odpowiedź?”
Rewolucja zwycięży.
To było dawno... Ale czy na pewno? Minęło dwadzieścia sześć lat od upadku Rewolucji. Trzydzieści dwa, odkąd ostatnie wojska Angelique Nagrenesse opuściły te tereny. Czy to było dawno? Wciąż żyją ci, którzy to widzieli, którzy przeżyli. Zepchnęli pamięć o tamtych chwilach w najgłębsze zakamarki świadomości. A jeśli kiedyś powstaną i zaczną walczyć?
Nie będą mieli szans... Historia była niesprawiedliwa, jest i zawsze będzie. Ale tylko dla istot słabych.
„Rację ma ten, kto jest silniejszy. Historię piszą wygrani”
Szybko się uczysz.

Przymknęła oczy i znowu je otworzyła. Teraz wioska naprawdę stała w ogniu, przerażeni mieszkańcy stanowili łatwy cel dla zorganizowanego wojska. Był rozkaz – każdego, kto zacznie uciekać, zlikwidować. Większość stała już na polanie, powiązana powrozami, ze spuszczonymi głowami. Czekał ich los wcale nie lepszy od śmierci. Pochodzi z wioski, która nie znajdowała pod opieką żadnej ze stron, co oznaczało, że można było z nimi zrobić wszystko. Bez żadnych konsekwencji. Nie popierali nikogo, więc byli zwierzyną. Niczym więcej.
Ktoś, młody mężczyzna, zerwał się do biegu. Na zachodzie zobaczył Nadzieję. Nigdy nie wierzył w pomoc bogów, zajętych swoimi sprawami, którzy nie raczyli opuścić wzroku ku nim, ku śmiertelnikom. Aż do teraz.
Postać w bieli, od której biło niesamowite światło. Czy tylko on ją widział? Jasność w mroku, miłosierdzie pośród rzezi, potęga nad innymi potęgami.
-Pani, wybacz, że kiedykolwiek w ciebie zwątpiłem...
Leżał u jej stóp, nie śmiąc podnieść twarzy. Ale to nie była Pani, w którą wierzyli. Nie, to tylko mała dziewczynka o czarno-srebrnych włosach. Odbicie z przyszłości. Ale czy na pewno?
Coś mówiła, ale jej głos nie dochodził do skulonego człowieka.
-Pani, błagam, pomóż nam...
Na jej twarzy nie było ani śladu litości. Stała nieruchomo niczym posąg, w jej oczach widniała tylko Pustka.
Czemu wzięli ją za boginię, za miłosierdzie? Czyżby zdesperowani, pozbawieni nadziei ludzie oddali się jakiemuś złudnemu szaleństwu, która zakrzywiało rzeczywistość przed ich oczyma?
BOGOWIE NIE SĄ MIŁOSIERNI.
Jedno zdanie, które pojawiło się w jego umyśle, pozbawiło go swoja siłą przytomności.
Postać znikła, a wraz z nią naiwna Nadzieja, która jako ostatnia opuściła swoje dzieci.

Lilianna powróciła do swojej rzeczywistości. Tu już nie była boginią, ale zwykłą dziewczynka pośród zwykłych ludzi. Kimś, na kogo inni nie zwracali uwagi.
„Ale kiedyś to się zmieni...”
Nie ma czegoś takiego jak Przeznaczenie. Są tylko śmiertelnicy, którzy w nią wierzą i ci, którzy potrafią to wykorzystać.

***


Victoria zdążyła przejrzeć dokładnie swoje wiadomości, ochrzanić sługę zarządzającego jej posiadłością w Reilinrenie („Tylko ostatni idiota mógł zapomnieć o zapłaceniu rachunków!!! Na moją magię, z kim ja się muszę zadawać...), sprawdzić stan swojego konta, zakupić parę ślicznych, a zarazem zupełnie niepotrzebnych dupereli i właśnie zaczynała flirtować z jakimś prawnikiem z Nowej Moskalii, gdy ktoś bezczelnie, bez żadnego powiadomienia, wszedł na jej fale.
-Coś ty za jeden?! Wypierdalaj stąd.
-Victoria Salveristye?
Tą częstotliwość poznała od razu. Jeżeli przed chwileczką odczuła zdenerwowanie, to właśnie jej nastrój się zmienił. Teraz była wściekła. I to bardzo.
-Tak. A ty czego chcesz?
Starała się być w miarę uprzejma. W końcu to w pewnym sensie jej przełożony. Choć już samo przypomnienie tego faktu doprowadzało ją do białej gorączki.
-Pan Liakoon ma do ciebie sprawę. A tak się akurat złożyło, że ja mam ten wątpliwy zaszczyt cię do niego eskortować. Czekam na ciebie w Searvey, najpóźniej pojutrze masz być w hotelu przy ulicy czterdziestej drugiej.
Głos Charliego nie wyrażał żadnych emocji. Było to proste polecenie, które ona miała wykonać.
-Taa? Wiesz, tak się składa, że sama trafię do namiestnika, jeśli będę miała ochotę go odwiedzić.
-To jest rozkaz.
Charles rozłączył się.
-A od kiedy niby ja muszę słuchać twoich rozkazów, co?!
Oczywiście wiedziała, że już jej nie usłyszy. Tak samo jak zdawała sobie sprawę z tego, że będzie musiała zrobić tak, jak powiedział.
-Cholerna Gildia...
No cóż, wszystko miało swoje plusy i minusy. Pomyślała o tych sześćdziesięciu tysiącach zilinów miesięcznej wypłaty, które właśnie wpłynęło na jej konto. Trochę to jej poprawiło humor, ale nie na tyle, żeby odpuścić sobie wyżycie się na Lilce, która właśnie wśliznęła się cichutko do pokoju.
-Gdzieś ty się podziewała, nieznośna smarkulo?!
Dziewczynka spuściła głowę. Nie miała tej kobiecie nic do powiedzenia.
-Nie masz prawa oddalać się bez mojego pozwolenia! Mam zawsze wiedzieć, gdzie się podziewasz i co robisz! Może twoja matka pozwalała ci na takie zuchwalstwa, ale ja sobie tego nie życzę, jasne?!
-Tak, proszę pani.
Lilianna przedstawiała istny obraz nędzy i rozpaczy. Victoria poczuła się jak ostatnia suka. Wolałaby, żeby mała jej napyskowała, wtedy miałaby dużo większą satysfakcję. A tak tylko odezwały się w niej wyrzuty sumienia.
-No. I tak ma być – mruknęła tylko.
Lilka skinęła głową i zwinęła się w kłębek na swoim łóżku. Czarodziejka westchnęła cicho. Naprawdę była taką nieczułą, zgorzkniałą kobietą, która jedyną satysfakcję miała z dręczenia innych? Gdzie się podziała tamta Victoria, która potrafiła czerpać radość z życia całymi garściami? Owszem, nigdy nie była jakąś specjalną altruistką, ale jej egoizm miał w sobie coś optymistycznego, potrafiła wznieść się ponad niego i spojrzeć na siebie z przymrużeniem oka. Coś na kształt niechęci do samej siebie uformowało się w jej myślach.
-Jadłaś coś?
-Nie, proszę pani.
Jej głosik był cichutki i brzmiał, jakby dziewczynka miała się zaraz rozpłakać.
„Co ona, próbuje mnie wziąć na litość?”
-Jak jesteś głodna to idź na dół, na pewno dadzą ci jakieś śniadanie.
Victoria powróciła do swojej elektrokartki. Jednak w międzyczasie połączenie zostało zerwane, a ślad Sieci jak się pojawił, tak znikł. Zaklęła cicho.
-Dobra, idę z tobą – mruknęła do Lilki, która właśnie wstała z łóżka. Cóż, w sumie i tak nie miła nic lepszego do roboty. A tak może znajdzie jakieś ciekawe towarzystwo? Co prawda postanowiła sobie, iż nie wpuści do łóżka żadnego dzikusa z Zachodu, ale poflirtować zawsze można, czyż nie?


*wiem, komplikuję, ale to nie moja wina, że na Alitsei inaczej mierzą czas =.= (no dobra, z tą winą to rzecz względna). W każdym razie to byłoby gdzieś wpół do szóstej na nasze, tam mają dobę (ciut krótszą od naszej, ale jeszcze nie będę jeszcze bardziej mieszać) podzieloną na osiem godzin

**dla przypomnienia – jeden z dwóch księżyców Alitsei
Lena Nika
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział II

sobota, 1.marca.2008, 21:47
I znowu pisanie tego rozdziału zeszło mi dłużej, niż planowałam. Nie mogę tego zwalić na brak czasu, raczej na lenistwo i bardzo kapryśną wenę. Rozdział wyszedł mi krótszy niż poprzedni i zastanawiam się, czy lepiej pisać notki krótsze czy dłuższe. Co o tym sądzicie? Byłabym wdzięczna za sugestie.
A teraz zapraszam do czytania.



Cisza... Wszyscy porządni mieszkańcy Searvey pochowali się w swoich domach, centrum opustoszało. Te z pozoru spokojne miasteczko na północy Kirdisu jednak nie spało. Wstawało właśnie, by ukazać światu swoje drugie oblicze. Kiedy zapadała noc i nowoczesna, południowa część Searvey zamierała, na północy, za rzeką, gdzie wiele budynków pamiętało jeszcze czasy sprzed Rewolucji, budziło się życie.
Charles Laksenannelikatse, jeden z najpotężniejszych magów Gildii, zmierzał właśnie w tamtą stronę. Wysokie, stalowe budynki, tak charakterystyczne dla centrum każdego współczesnego miasta, pozostały już dawno za nim, teraz otaczały go zniszczone zabudowania północnego przedmieścia. Wydawało się, że to najbiedniejsza dzielnica miasta i mogło dziwić, co tak bogaty i wytworny czarodziej robi w takim miejscu.
Minął dwie rozchichotane dziewczyny, które rzuciły mu powłóczyste spojrzenie. Całkiem niczego sobie, młode, zadbane, atrakcyjne i, o ile właśnie nie były naćpane, to Charlie chętnie zobaczyłby je w swoim łóżku.
Ale nie teraz. Teraz miał zadanie do wykonania. Jeśli jego (albo raczej Amilvii, szefowej Gildii) informatorzy się nie mylili, to gra szła o wysoką stawkę.
No i oczywiście pozostawała „misja”, jaką przydzielił mu Liakoon – odnalezienie Victorii Salveristye. Mag prychnął cicho na samo wspomnienie tego bezsensownego zadania, które powinien wykonywać jakiś prosty posłaniec, a nie on, nieoficjalny następca dowódczyni Gildii Magów. Znając jednak namiestnika, miał on w tym swój cel, a Charles nie bardzo mógł mu się przeciwstawić. Magowie z Gildii nie mieli co prawda obowiązku wykonywać rozkazów namiestników, ale po pierwsze zazwyczaj i tak im się to opłacało, a po drugie to akurat Liakoon był wyjątkiem. To on właśnie założył Gildię i gdy oddawał dowództwo nad nią Amilvii Silveriann, zastrzegł sobie prawo do pewnego zwierzchnictwa nad jej członkami.
Jak na razie uganianie się za tą Salveristye było dla Charliego sprawą drugorzędną. I tak będzie musiała przybyć do Searvey, tu zbiegały się wszystkie szlaki komunikacyjne północnego Kirdisu. A on nie zamierzał błądzić gdzieś po Zachodnich Kresach.
Czarodziej rozejrzał się wokoło. Tak, to było właśnie to miejsce. Niepozorne podwórze z rozwalającą się ruderą z czerwonej cegły, wciśniętą między inne kamieniczki. Iluzja była wręcz doskonała, nawet on nie dostrzegłby niczego, gdyby nie wiedział, co tu się tak naprawdę znajduje.
Zapukał do drzwi, upewniając się najpierw, czy jakieś sprytnie ukryte zaklęcie nie rozerwie go na malutkie kawałeczki. Otworzyła mu jasnowłosa dziewczyna, służąca. Zmierzyła go wzrokiem, wytrzeszczyła oczy i zatrzasnęła drzwi przed nosem.
Charlie nawet nie zdążył poczuć irytacji. Potężne zaklęcie wymierzone w jego plecy odrzuciło go i wbiło w mało delikatny sposób w zewnętrzną ścianę domu. Szybko pozbierał się i obrócił przodem do atakującego przeciwnika. W panującym półmroku niewiele mógł dostrzec, jedynie to, że jest on dosyć wysoki, ubrany w ciemną szatę i ma niezdrowo bladą karnację.
„Świetnie... Wampir albo pieprzony ożywieniec” stwierdził Charles, wycierając rękawem krew z twarzy. Bez większego zastanowienia strzelił mocną lodową strzałą, aby zyskać trochę na czasie. Trzask barier magicznych, oplatających te miejsce spójną siecią, uświadomił mu, że za wiele magią nie zdziała. Zaklęcie zboczyło z kursu i trafiło z mur, tworząc przy okazji małe wyładowania elektryczne.
-Żadnej magii! – wysyczał blady mężczyzna. W jego dłoni zmaterializował się miecz, a na twarzy zagościł dziki grymas niepohamowanej wściekłości.
-O tym to ja będę decydował – odparł chłodno Charlie, także przywołując broń. Bez wątpienia wolałby pojedynek z użyciem magii, ale przy takim zagęszczeniu ochronnych zaklęć trzeba będzie z tym uważać.
Mężczyźni przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Pierwszy zaatakował wampirzasty. Zręcznie wtopił się w iluzję tego miejsca i gdy Charlie wciąż widział jego postać w poprzednim miejscu, ten zdążył już znaleźć się tuż przy białowłosym magu. W ostatniej chwili Charles zasłonił się mieczem przed potężnym atakiem, mającym oddzielić jego głowę od reszty ciała. Po kolejnej bezskutecznej wymianie ciosów obaj przeciwnicy odskoczyli od siebie. Tym razem zaatakował białowłosy. Wapirzasty zręcznie blokował jego ataki, przechodził do kontry i znowu blokował. Nie widać było po nim ani śladu zmęczenia.
„Dobry jest, skurwysyn” pomyślał Charlie po parunastu minutach pojedynku. On nigdy nie był mistrzem w walce na miecze, ale radził sobie z tym całkiem nieźle. Jednak czuł, że tym razem trafił na lepszego przeciwnika. Gdyby tylko można było użyć magii... Wapirzastemu się udało, widać musi istnieć jakaś furtka. Nie mógł się jednak wystarczająco skupić na magicznej siatce, całe swoje siły musiał zwrócić przeciwko wrogowi. Dopiero po pewnym dostrzegł słabsze włókno w tym iluzjonistycznym arcydziele. Tak, to powinno wystarczyć na jakieś drobne zaklęcie...
Jego przeciwnik wykorzystał chwilę nieuwagi i po sparowanym ciosie podciął mu nogi. Białowłosy nie zdołał utrzymać równowagi, mocno już zmęczony tym pojedynkiem. Przez chwilę widział twarz przeciwnika, wykrzywioną w szaleńczym triumfie i jego miecz, wzniesiony do góry, gotowy zadać ostateczny cios.
Wtedy wreszcie udało mu się wyzwolić moc i fala ciśnienia w mgnieniu oka zmiotła wampirzastego i cisnęła nim w mur. Charles, nie czekając na jego następny ruch, rzucił w niego kulą energii. Na razie na nic więcej nie mógł sobie pozwolić, siatka magiczna nadal trzymała mocno i z pewnością nie zamierzała puścić.
Białowłosy podszedł do przeciwnika. Ku jego zdumieniu ten podniósł się szybko na nogi i zablokował cios, który tym razem miał być już ostatecznym. W lewym barku, tam gdzie trafił energetyczny pocisk, widniała ogromna, zasklepiona już rana. Mężczyzna zdawał się nie odczuwać bólu, jedynie bezmyślną wściekłość, furię, która za wszelką cenę chciała dopaść przeciwnika, zniszczyć go, zmiażdżyć...
„A więc jednak ożywieniec. Będzie walczył dopóki nie wpakuje się mu żelastwa w samo serce albo jego właściciel go odwoła. Na to drugie nie ma na razie co liczyć. Mimo wszystko ta rana zostawiła na nim ślad, nie jest już taki szybki jak wcześniej, a wściekłość odebrała mu zdolność trzeźwej oceny sytuacji. Teraz będę mógł już dokończyć ten pojedynek bez użycia magii.”
To stwierdzenie dodało Charliemu sił. Z chłodna pewnością siebie parował ciosy ożywieńca, powoli zyskiwał nad nim przewagę...
-No no, piękny pojedynek, jak na starych, dobrych filmach. Ishret, zostaw go już, i tak cię pokona, a tylko mi...
-Zamknij się, pieprzona dziwko! – ożywieniec wrzasnął z dziką furią. Kobieta, która już od dłuższego czasu przyglądała się walczącym, tylko zaśmiała się drwiąco. Ishret wykonał w złości nieokreślony ruch dłonią, jakby chciał wykonać jakieś zaklęcie, jednak nic się nie stało. Charlie wykorzystał ten moment i wbił mu miecz w serce aż po rękojeść.
Wyraz twarzy ożywieńca nie zmienił się, tylko oczy zaszły mgłą. Białowłosy błyskawicznie cofnął ostrze, Ishret padł na ziemię i natychmiast rozsypał się w proch.
-No wiesz co, taki ładny aratsh*, trzy noce się nad nim męczyłam, a ty co? – kobieta spojrzała na Charlesa z wyrzutem. Była wręcz nieziemsko piękna, ciemną twarz miała nadzwyczaj symetryczną i bez żadnej skazy, a oczy, błyszczące jak dwa szmaragdy, nadawały jej jakiegoś magicznego uroku. Rdzawobrązowe włosy opadały miękką falą na jej nagie plecy, odziana była jedynie w skąpą bluzeczkę, ledwo zasłaniającą piersi i króciutką spódniczkę, oczywiście jeśli nie licząc niezliczonej ilości biżuterii, wśród której przeważało srebro i szmaragdy.
-A ja nie zrobiłem tej przyjemności pani Invarii Ri’Asmavanne i nie pozwoliłem się zabić. Chociaż może raczej powinienem powiedzieć „tej pieprzonej dziwce”? – spytał, nawiązując do niedawnej wypowiedzi Ishreta.
Kobieta zmrużyła oczy. Bez wysiłku teleportowała się tuż obok białowłosego, w końcu to ona była panią tej całej magicznej siatki. Objęła go ramieniem i spojrzała mu prosto w oczy.
-Lubię patrzyć, jak się poruszasz. Taka walka to tylko rozgrzewka, Aniele – szepnęła, uśmiechając się uwodzicielsko. Charlie też się uśmiechnął, ale bardziej ironicznie.
-Czyżbyś już miała problemy z odróżnieniem mnie od mojego brata? Raczej nigdy nie byliśmy specjalnie podobni.
-Och, Charlie, on był Czarnym Aniołem. Ty jestem dla mnie Białym, moim Białym Aniołem...
Białowłosy nadal nie dawał po sobie poznać, że zrobiło to na nim jakieś większe wrażenie. Numdzi, a do takiej właśnie rasy należał w połowie, mieli to do siebie, że zazwyczaj zachowywali zimną krew w każdej sytuacji. Owszem, mógłby pobawić się z nią trochę w jej sposób, jako wil to też umiał świetnie. Ale najpierw trzeba załatwić coś innego.
Dał się zaprowadzić do jej domu. Od samego wejścia wnętrze zadziwiało bogactwem i przepychem, właścicielka zgromadziła tu ogromne ilości magicznych i unikatowych artefaktów, w półmroku połyskiwało złoto, srebro i kamienie szlachetne. Okna były zasłonięte, jedyne źródło światła stanowiły porozstawiane po całym pokoju świeczki. Wyczuwało się też tu jakieś niesamowite stężenie many, które nie mogło pochodzić tylko od samej magicznej siatki.
Charles usiadł w jednym z wygodnych foteli i zaraz na kolana wpakowała mu się Invaria. Popieścił ją trochę, ona zamruczała z rozkoszy, jednocześnie domagając się czegoś więcej. Białowłosy, czując że i jemu przydałoby się w tej chwili wiadro zimnej wody, puścił ją i rzekł najchłodniej jak potrafił:
-Ja przyszedłem dzisiaj w interesach.
-Tylko w interesach?
-Może nie tylko – uśmiechnął się lekko. – Ale przede wszystkim.
Invaria zsunęła się z niego i wstała. Przyjrzała się mu spod zmrużonych powiek.
-A ja mam akurat niesamowity towar. Czegoś takiego to pewnie dawno już nie widziałeś... Zaczekaj chwilkę – kobieta zachichotała do samej siebie i wyszła z pomieszczenia.
„Wygląda trochę, jakby się czegoś naćpała” pomyślał Charlie z pewnym obrzydzeniem. Zawsze czuł odrazę do narkotyków, można powiedzieć, że trauma z wczesnego dzieciństwa. Co nie znaczyło, że stronił od innych używek.
Invaria wróciła dopiero po dłuższej chwili, niosąc w ręku niewielki kryształ, czy też raczej – maleńką buteleczkę wykonaną z przeźroczystego kryształu.
-Trochę to trwało, no ale wiesz, czternastostopniowe zabezpieczenia i tak dalej... – pomachała beztrosko buteleczką. Charlie wziął ją i obejrzał dokładnie. Płyn znajdujący się z środku przypominał zwyczajną wodę, nie świecił, nie wykazywał żadnych magicznych właściwości, a jednak promieniował ogromną mocą.
-Esencja many najlepszej jakości, stężenie trzynaście i trzy dziesiąte manv w skali Arithe na dwadzieścia jeden ritów, ponad osiemdziesiąt dwa procent, a ilość – pięćdziesiąt envisanów**
„Teraz już rozumiem. Ona wcale się nie naćpała prochami, tylko maną! Przy takim stężeniu to w całej okolicy czuć jej działanie.”
-No to ładnie. Jest na sprzedaż?
-A owszem. Tyle że ciebie na pewno nie będzie stać. A tak w ogóle to po co ci, czyżbyś wierzył w te pogłoski, że esencja many daje nieśmiertelność?
-Ja w przeciwieństwie do niektórych idiotów uważałem na wykładach z alchemii. Takie coś to najwyżej może szybciej wysłać do grobu. Chociaż to pewnie piękna śmierć – uśmiechnął się lekko. Mimo że miał dłoni buteleczkę z eliksirem zaledwie przez chwilę, to już odczuwał jej działanie. - Ale gdyby Gildia była zainteresowana?
Invaria wzruszyła ramionami.
-Navteri zaproponował mi za nią trzysta milionów zilinów***. Jak twoja Gildia da więcej, to możemy negocjować.
„Po co Navteriemu esencja many i to tuż przed wojną, gdy nawet półprodukty idą po zawrotnych cenach? Chyba że ktoś ma interes w tym, żeby zepsuć Madrale jej kampanię wojenną... Znając Invarię to ona już się o wszystkim wywiedziała.”
-A Madrale nie jest zainteresowana?
-Może jest, może nie jest, tajemnica handlowa – kobieta zmrużyła figlarnie swoje szmaragdowe oczy.
„Raczej chyba polityczna...”
-W każdym razie mnie to małe cudo nie interesuje. Akurat dzisiaj nie szukam niczego wyjątkowego, jedynie liści z krzewu ardyjskiego, jakieś piętnaście irit****.
-Ach, no tak... – Invaria wydawała się być lekko rozczarowana. – Osiemdziesiąt zilinów, standardowa stawka. Ale... – nagle się ożywiła. – Trzeba je zebrać w świetle OBU księżyców, a do tego pozostały jeszcze dobre dwie godziny. Sirith!
Jasnowłosa służąca zjawiła się w okamgnieniu. Podobnie jak wszystko wokół, jej strój (równie skąpy jak Invarii) opływał w bogactwo.
-Tak, pani?
-Przynieś nam najlepsze wino, jakie znajdziesz. I to szybko, bo inaczej dostaniesz dzisiaj o dziesięć batów więcej. Aha, i przekaż Sidijnowi, żeby po wschodzie Ulerisa***** nazbierał zapas liści ardyjskich.
Sirith skłoniła się i teleportowała bez słowa.
„W takim stanie to powinna się doprawić po góra dwóch kieliszkach. Wtedy bez większych problemów dowiem się, co za afera kryje się za tą esencją many. Szkoda tylko, że potem będzie już do niczego”. Zlustrował uważnie jej wdzięki. Nadal trzymała w dłoni kryształową buteleczkę, promieniująca z niej mana czyniła Invarię jeszcze bardziej atrakcyjną, szczególnie dla tej magicznej, erdginnickiej części natury białowłosego.
Służącej nie było krócej niż dziesięć sekund. Postawiła wino i kieliszki na stole i, na stanowcze „a teraz spieprzaj”, znikła.
-A ty nadal jesteś z tą Amvilią, tak? – Invaria popatrzyła na niego znad kieliszka. – Nie rozumiem, co ty w niej widzisz. Chyba tylko wysokie stanowisko.
„Im bardziej pijana tym bardziej szczera. A to tylko początek.”
-Ja osobiście nie cierpię Południowców – kobieta przechyliła kieliszek do końca. Charlie nalał jej drugą porcję.
-A Navteri to co? – postanowił skierować delikatnie rozmowę na sprawę many.
-Argetan Navteri to FACET – stwierdziła oczywistą oczywistość. – A mnie chodzi o kobiety. Nie powiem, są nawet niezłe, ale i co z tego, skoro nie pójdą ze mną do łóżka tylko dlatego, że też jestem kobietą. Cholerne h-homofobki – kolejny łyk wina. Normalnie byłaby jeszcze zupełnie trzeźwa, ale esencja many zrobiła swoje. – Ale wiesz co, była u mnie ostatnio taka czarnulka... Pani minister – wybuchnęła szyderczym śmiechem. – Nawet atrakcyjna, ale jakaś niedorobiona. A wszyscy mówią, że ona taka ładna...
-Widziałem ją, jak dla mnie za wąska w biodrach.
Invaria spojrzała na niego, uśmiechając się z zadowoleniem.
-No widzisz. Ale różne rzeczy o niej mówią. Bo wiesz... – popatrzyła z lekkim żalem na pusty kieliszek i wzięła butelkę. - ...ja już nie jestem co prawda tak zorientowana w światku elity alitsejskiej jak kiedyś i nie wiem, którą licealistkę pieprzy ostatnio namiestnik Rasil, ale jeszcze o tym, co się dzieje w Reilinrenie udaje mi się czasami usłyszeć...
-A co ona od ciebie chciała? Ta minister? – ostatnie słowo wypowiedział lekceważąco.
-Onaaa? A, coś chrzaniła o... o wojnie i o manie i o ustawie... Ale nie ma tak, biznes is biznes, ja nie muszę jej nic sprzedawać, jeśli mi się nie opłaca.
-Nie opłaca się?
-No mówiłam już przecież. Namiestnik... Potrzebuje many. Madrale też potrzebuje many. No ale kto da więcej ten wygra, ja nie będę tu robić za cholerną patriotkę!
„Namiestnik... Tego można było się spodziewać, Navteri robi przysługę namiestnikowi Rasilowi. W Darestii ciągle brakuje many. Pewnie Madrale musi być teraz nieźle wkurzona. Coś mi się widzi, że jeśli przegra tą wojnę to będzie jej ostatnia kadencja. Przewodniczący albo obsadzi kogoś nowego na stanowisku namiestnika Kirdisu albo podzieli państwo pomiędzy pozostałych. W obu przypadkach sytuacja będzie korzystna dla reszty namiestników. Nie ma to jak cholerna polityka...”
-Taaak.... Wiesz, że za takie wtargnięcie powinieneś zginąć? Ja mam za miękkie serce na starość... – Invaria próbowała wstać, ale szybko opadła z powrotem na fotel. Zaśmiała się nieprzytomnie i nalała sobie kolejną porcję wina. – Mogłabym pomyśleć, że pracujesz dla M-Madrale.
-Ja pracuję tylko dla Gildii – mruknął Charlie. Już więcej się od niej nie dowie, a zresztą jego hipoteza wydawała się być słuszna. Najważniejsze, że wiadomo, kto dostanie esencję many.
Spojrzał na niepozorną buteleczkę, nadal trzymaną przez Invarię. Tyle zachodu o takie maleństwo... Wiedział jednak, że może ono przesądzić wynik wojny. Wydawało się, że mógłby je po prostu teraz zabrać, w końcu z kim musiałby się mierzyć, z pijaną, prawie już nieprzytomną kobietą? Ale białowłosy nie był głupi, zdawał sobie sprawę, jakimi zaklęciami musiała być chroniona kryształowa buteleczka.
„Mimo wszystko to i tak Invaria wykazała się ogromną nieostrożnością. Kiedyś była inna... Ale po upadku Rewolucji wiele niegdyś bardzo wpływowych osób stoczyło się na dno. Nawet jeśli nie w sensie materialnym, to psychicznym.”
Wstał cicho. Kobieta mruknęła coś niezrozumiale. „Trzeba jeszcze jej trochę zmodyfikować pamięć...” Nie było to łatwe, nawet teraz bariery wokół jej umysłu były niezwykle mocne, ale po paru próbach udało mu się. W końcu nie na darmo ukończył Akademię Lamverńską z najlepszym wynikiem na roku.
Spojrzał na nią po raz ostatni, pogładził dłonią jej rdzawobrązowe włosy i wyszedł. Siatka magiczna przepuściła go bez trudu, miała w końcu za zadanie utrudniać wejście a nie wyjście. Wkrótce białowłosy rozpłynął się w mroku, przeklinając w myślach swoje kolejne zadanie – odnalezienie Victorii Salveristye.


*z języka erdginnickiego - ożywieniec
** tak na polskie to ciężko przetłumaczyć, bo dochodzi jednostka miar, której u nas nie ma, jedynie objętość mogę określić: 2 ml
***waluta uniwersalna, używana na terenie całej Alitsei, szczególnie krajów Rady Alitsei, głównie przez osoby zamożne i przy międzynarodowych transakcjach
**** ok. 120 gramów
***** jeden z dwóch księżyców Alitsei, mniejszy od Iesty, ukazuje się dopiero mniej więcej w połowie nocy
Lena Nika
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział I

sobota, 26.stycznia.2008, 21:17
Oto pierwszy rozdział. Z pewnością dodałabym go szybciej gdyby nie to, że spalił mi się monitor mojego komputera. Ale teraz już jest wszystko dobrze, zakupiłam sobie laptopa.
Ciężko stwierdzić, czy rozdział mi wyszedł czy nie. To oceńcie sami. Może trochę mało akcji, ale chciałam dokładnie przedstawić postać Victorii. W poprzedniej wersji bohaterowie byli za mało wykreowani. Dziękuję wszystkim osobom za komentarze:D.



Trzydzieste drugie piętro Iestra ar Kildvaren, jednego z najwyższych wieżowców Reilinrenu, było miejscem bardzo znanym, szczególnie w kręgach bogatych przedsiębiorców i kupców kirdyjskich. To tu mieściła się siedziba Ringwila Daskeldorriego, dowódcy kirdyjskiego okręgu Remalve. Organizacja ta, oficjalnie nadzorująca bezpieczeństwo handlu alitsejskiego, a nieoficjalnie pełniąca wiele innych funkcji, miała ogromne wpływy na całej Alitsei i nawet namiestnicy musieli się liczyć z nią i z jej dowódcami.
A cóż dopiero ta srebrnowłosa kobieta, czy też raczej – półnumidka, siedząca właśnie naprzeciwko Daskeldorriego. Nieruchoma i wyprostowana jak struna, z rękoma splecionymi na kolanach, wpatrywała się cały czas w jeden odległy punkt. Na jej bladej, wręcz sinawej twarzy, odmalowało się niespokojne oczekiwanie. Mimo to trzeba było przyznać, że była całkiem ładna, choć więcej wyczuwało się w niej jakiejś wewnętrznej urody i wdzięku, charakterystycznego dla rasy wili.
-Nie podoba mi się ta vendetta – Daselkeldorri podniósł wzrok spod elektrokartki, którą od pewnego czasu uważnie studiował. Kobieta, słysząc te słowa, skierowała spojrzenie swoich czerwonych oczu na Ringwila.
-Panie Daskeldorri – zwróciła się do niego, siląc się na spokój. – Rozumiem, że panu wydaje się to dziwne. Wiem też, że pan nie popiera tej zemsty, a ja, jako pańska podwładna, muszę się do tego zastosować. Ale tu chodzi o honor... Mój, a przede wszystkim całej mojej rodziny. Ten elf...
-...jest dowódcą wschodnich terenów przygranicznych Elishalii.
-I dlatego ma być bezkarny?! Przecież zabił moją siostrę! – kobieta wstała, wzburzona. Ringwil spojrzał na nią lekko zdziwiony. Nigdy się tak nie zachowywała, wręcz przeciwnie – zawsze spokojna i zrównoważona, potrafiła zdobyć zaufanie swojego dowódcy. A na dodatek bardzo zdolna. W końcu ile osób byłoby w stanie w wieku zaledwie sześćdziesięciu jeden lat zostać zastępcą dowódcy jednego z okręgów Remalve?
-Usiądź i przestań zachowywać się jak rozhisteryzowane dziecko! Przecież nie jesteś idiotką, nie muszę ci chyba tłumaczyć, jaki to ma wpływ na politykę.
Mia Laksinannelikatse przygryzła wargę, podenerwowana, ale usiadła. Przez chwilę panowała cisza.
-Przepraszam. Nie powinnam się tak zachowywać. Mam chyba za bardzo zszargane nerwy. Nariia... – pokręciła głową. Nie będzie się na nią skarżyć, w końcu to była tylko zwykła rywalizacja zawodowa. – Jednakże bardzo zależy mi na tym, żeby dopaść tego elfa. W Elishalii nie mam szans, druga taka okazja może się prędko nie powtórzyć.
Daskeldorri westchnął i spojrzał jeszcze raz na elekrtokartkę. Aislinn Ralleiniilish, obywatel Elishalii, jeden z zaufanych osób namiestniczki Arieeny Lastirligne. Elf o skrajnie rasistowskich poglądach, nic dziwnego, że został Łowcą. Odpowiedzialny za śmierć wielu osób pochodzenia erdginnickiego, między innymi właśnie Lisolette Laksinannelikatse. Obecnie przebywa poza Elishalią, najpewniej w Darestii.
-Wiesz, że pozwoliłbym ci zabić każdego innego Łowcę. I w końcu przez tyle lat tak było, dopóki nie odkryliście, kto tak naprawdę zabił Lisolette, mściliście się na nich wszystkich. Ale to już jest sprawa polityczna i ta mała elfica z Elishalii... – miał tu na myśli namiestniczkę Arieenę - ...z pewnością zrzuciłaby winę na Remalve. I tak Rada nas ledwo znosi, nie potrzebujemy konfliktu z namiestnikami.
Numidka zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad decyzją. Lisolette była dla niej jak matka, tej prawdziwej prawie nie pamiętała, zmarła zanim Mia dorosła na tyle, by ją zapamiętać. Jakże ona miałaby zapomnieć o zemście za śmierć swojej ukochanej siostry? Osoby, która nic nikomu nie zawiniła prócz tego, że oprócz krwi numidzkiej i wilowej płynęła też w niej krew erdginnów? Z drugiej strony nadal pozostawała kwestia lojalności wobec dowódcy. Mia widziała tylko jedno wyjście.
-Swoją decyzją naraziłabym Remalve na utratę dobrego imienia. Dlatego też proszę o przyjęci mojej rezygnacji ze stanowiska...
-Rezygnacji powiadasz... Wiesz, co oznacza taka decyzja. Po sczyszczeniu ci pamięci mogłabyś nawet zapomnieć, dlaczego zdecydowałaś się na taki krok. I całe twoje poświęcenie poszłoby na marne – Daskeldorri przyglądał się jej uważnie. Mia z rezygnacją pokiwała głową na znak, że rozumie.
Szkoda byłoby tracić tak zdolną zastępczynię, pomyślał Ringwil. Osiemnaście akcji na dwadzieścia zakończonych pełnym sukcesem, w tych dwóch pozostałych udało jej się postąpić na tyle rozsądnie, że straty byłby niewielkie. Ostatnio zlecał jej co prawda głównie robotę papierkową, ale i tu radziła sobie bardzo dobrze.
-Zrobimy inaczej. Udasz się ze swoim oddziałem do Darestii nieoficjalnie. Jeśli miałaby się z tego zrobić jakaś większa afera, wtedy ogłoszę, że to wszystko odbyło się bez mojej wiedzy i zgody. Wiesz, jaki los cię czeka w takim wypadku... – Mia pokiwała głową. Jeżeli proces o zabójstwo miał w ogóle miejsce, to praktycznie jedyną opcją była kara śmierci. - Jednakże jest szansa, że udałoby się uniknąć rozgłosu. Stosunki pomiędzy namiestnikami nie układają się ostatnio najlepiej, możliwe, że Angiselli nie będzie się chciał nam narażać. Gdy wszystko ostatecznie przycichnie, będziesz mogła nadal pracować dla Remalve.
-To chyba najlepsze wyjście – zgodziła się Mia. Było to jej jednak dziwnie obojętne.
Tak jakbym wiedziała, że mnie złapią, pomyślała. Ale ja muszę tam wyruszyć, musze spróbować. Tak samo postąpiłby Charlie. I Silka też, chociaż próbuje udawać, że ta vendetta straciła dla niej sens. Jakże więc ja miałabym się wahać?
-Zbiorę oddział. Zapłacę im z własnych pieniędzy.
-Będzie to musiała być spora suma – mruknął Ringwil. Chociaż z pensją, jaką otrzymywała jego zastępczyni, pewnie nie był to dla niej zbyt wielki kłopot. – Mia... uważaj na siebie. Bez ciebie będę skazany na Nariię.
-Jakże mogłabym być tak okrutna i zostawić pana na pastwę tej rudej k... – numidka w porę ugryzła się w język – k... obiety? – roześmiała się, udając wesołość. Uznała, że rozmowa jest skończona, skłoniła się lekko i wyszła.
Gdyby Ringwil Daskeldorri wiedział w tej chwili, jakie konsekwencje dla niego samego będzie miała jego decyzja, byłby z pewnością dużo bardziej zaniepokojony.

***

Elaine wstała, prostując się z pewnym trudem. Nie była już młoda i zajmowanie się ogródkiem sprawiało jej coraz większą trudność. Spojrzała na wypielęgnowane grządki, nikt nie dostrzegłby tu ani jednego chwasta. Poczuła radość z dobrze wykonanej pracy. Jakże przyjemnie było teraz patrzeć na różnokolorowe kwiaty, rosnące nadzwyczaj pięknie pod okiem troskliwej opiekunki! Kobieta, mimo zmęczenia i nasilającego się bólu w plecach, nie zamierzała prędko rezygnować ze swojego ogródka.
-Pani Elaine, czemu pani mi nie powiedziała, mogłabym pani pomóc – dziewczynka z sąsiedztwa, na oko trzynastoletnia, wyjrzała zza ogrodzenia otaczającego dom Elaine. Widok twarzyczki, zastygłej w wyrazie pełnego uniesienia zapału oraz notatnika, który dziewczynka trzymała w ręce pozwolił starszej kobiecie wywnioskować, że jej mała sąsiadka właśnie pisała kolejny wiersz.
-Ależ dziecinko, naprawdę, jeszcze nie jestem tak stara, żeby potrzebować pomocy w walce z chwastami – roześmiała się i bezwiednie spojrzała w niebo. Być może to było jakieś przeczucie, bo w tej właśnie chwili ujrzała tam jakiś kształt, wyraźnie zbliżający się do ich wioski. Kształt ten przypominał pegaza z jeźdźcem na grzbiecie. Elaine momentalnie spoważniała.
-Lorri, powiedz mi proszę, czy widzisz, kto dosiada tego pegaza? – wskazała ręką na niebo. Dziewczynka wpatrywała się przez chwilę w tajemniczy kształt. Nagle jej twarz rozjaśniła się.
-Pani Victoria! – krzyknęła Lorrianne. Elaine wcale to nie zdziwiło. W końcu któż to mógłby być inny jak nie jej siostra, czarodziejka, której postać urosła w ich wiosce, wręcz do legendy? Kobieta nie widziała Victorii już od dobrych sześciu lat, w pierwszej chwili więc także poczuła radość. Jednak wiedziała, dużo lepiej niż Lorri, że jej siostra potrafiła czasami być nieznośna. Czasami? Nie, ona była nieznośna prawie przez cały czas.
Tymczasem Victoria Salveristye, członkini Gildii Magów, absolwentka Akademii Magii w Lamvernie, była mieszkanka Nelain, a obecnie posiadaczka sporej fortuny i trzech okazałych posiadłości w różnych częściach Alitsei, wylądowała przed domem Elaine i zsunęła się zwinnie z grzbietu pegaza. Gdyby ktoś rzucił okiem na postacie Victorii i starszej kobiety nie uwierzyłby chyba, że ta pierwsza jest zaledwie rok młodsza od Elaine. Wyglądała raczej na jej córkę niż siostrę. Gdyby natomiast przyjrzał się tym dwóm postaciom uważniej, doszedłby prawdopodobnie do wniosku, zresztą jak najbardziej słusznego, że nie łączy je żadne pokrewieństwo. Victoria była przybraną siostrą Elaine, jej rodzice pochodzili z Południa i odziedziczyła po nich wygląd charakterystyczny dla mieszkańców tamtego regionu – wysoki wzrost, smukłą sylwetkę i jasną karnację. Czarne włosy miała spięte w kok, pojedyncze pasma włosów opadały na jej policzki. Ubrana była w czarny płaszcz o kroju kojarzonym wśród społeczności kirdyjskiej z niejaką Nariią Isterdran, od której Victoria bezwstydnie podpatrywała styl ubierania się.
Czarodziejka rozejrzała się wokół, przywołując na swą twarz pogardliwy uśmieszek. Okolica niewiele się zmieniła od czasu kiedy ona, wtedy zaledwie dziewięcioletnia dziewczynka, opuściła Nelain i swoje dawne życie, by uczyć się w Akademii. Nie minęło wiele czasu i mała Victoria zapomniała o miejscu, w którym spędziła najwcześniejsze lata swojego dzieciństwa i poczuła się jak obywatelka „tej lepszej Alitsei”. Rzadko i raczej niechętnie powracała do Nelain. Jednak coś ją ciągnęło do rodzinnej wioski, chociaż Victoria sama chyba nie potrafiłaby określić, co.
-Witaj, Victorio! Wreszcie raczyłaś zawitać w nasze skromne progi! – Elaine podeszła do czarodziejki i przytuliła ją. Ta odwzajemniła uścisk, mając jednocześnie minę znudzonej gwiazdy.
-Witaj, Elaine. Droga z Searvey długa i męcząca, może ugościłabyś strudzoną siostrzyczkę? – Victoria postanowiła być miła i nie wspominać, jak bardzo Elaine się podstarzała od czasu jej ostatniej wizyty.
-Ach, oczywiście, zaraz przygotują obiad, a ty tymczasem może opowiesz, gdzie byłaś przez te wszystkie lata. Rzeczywiście, widać po tobie, żeś zmęczona.
-Jak cholera – mruknęła czarodziejka. Obiad jej siostry to coś, na co warto się załapać, lecz opowieści o tym, co robiła przez te sześć lat, wolałaby uniknąć. Zresztą wiele rzeczy i tak było ściśle tajnych.
Weszła za siostrą do niewielkiego, bardzo skromnego domku, w którym Elaine mieszkała wraz z mężem. Na progu poczuła lekkie zawirowanie many – nawet tu były założone zabezpieczenia magoelektroniczne, chociaż dosyć prymitywne. Victoria usiadła przy stole, przypatrując się, jak jej siostra krząta się w kuchni. Elaine spojrzała na nią katem oka – nie, czarodziejka z pewnością nie miała zamiaru jej pomóc, nie godziło się to z jej statusem społecznym oraz egoistycznym i dumnym charakterem.
-A więc co robiłaś przez te sześć lat? Może wreszcie przeżyłaś jakąś miłość?
Victoria zakrztusiła się sokiem, o mały włos nie rozlewając całej zawartości szklanki na podłogę. Elaine nie mogła powstrzymać się od triumfującego uśmieszku.
-J-ja nie w-wierzę w coś t-takiego jak miłość! – udało jej się wyksztusić pomiędzy kolejnymi napadami kaszlu. Próbowała zrobić oburzoną minę, ale niezbyt jej to wyszło. A najgorsze było to, że ze słowami jej siostry napłynęły zepchnięte na margines świadomości wspomnienia...
-Ravielittia annis lia, vinmael ession invil amnesia – cichy, melodyjny głos, słowa szeptane przez niego czule. Ile lat już minęło...
-To nie brzmi jak pieśń – czarnowłosa dziewczyna mruknęła, wtulona w jego ramię.
-Nie. To zaklęcie. Już zawsze będziesz moja, szlachcianko.
Szlachcianka z Kresów... Tak złośliwie nazywali dumną Victorię w Akademii. Jednak w jego ustach brzmiało to pieszczotliwie, jak najwspanialszy komplement. Opuszkami palców dotknął jej nagiej skóry, jak gdyby kreśląc na niej magiczny znak. Dziewczyna zadrżała i przymknęła lekko oczy. Niech tak już będzie zawsze...

-To, że w nią nie wierzysz, nie oznacza, że nie istnieje – stwierdziła Elaine tonem znawczyni.
-Owszem, istnieje, tylko z łóżku.
Starsza kobieta pokręciła głową z dezaprobatą, słysząc te słowa. Czy jej siostra naprawdę była tak płytka i ograniczona? Przez chwilę panowała dosyć niezręczna cisza. Wreszcie przerwała ją Victoria.
-Lepiej ty opowiedz, co się działo w wiosce, zamiast zadawać takie durne pytania.
Elaine nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Ze szczegółami opowiedziała o wszystkich wiejskich sensacyjkach, które miały miejsce w ciągu ostatnich sześciu lat. Życie w Nelain przebiegało spokojnie, a więc większość stanowiła zwyczajne ploteczki o mieszkańcach. Czarodziejkę niezbyt to interesowało, była jednak zadowolona, że jej siostra porzuciła drażliwy temat. Zazwyczaj starała się nie myśleć o NIM, czasami jednak wspomnienia powracały, wprawiając Victorię w wybitnie zły humor. Jedyną osobą, o której wzmianka budziła w niej podobne emocje, była jej biologiczna matka. No i może Charles, ale to akurat było trochę co innego. Przez te dwie pierwsze osoby została oszukana i skrzywdzona, mimo że im ufała; w ostatnim przypadku chodziło o sprawę dawno urażonego honoru.
Och, zamknij się wreszcie, stara babo, pomyślała po pewnym czasie zniecierpliwiona czarodziejka. Co mnie niby obchodzą jakieś głupie zaślubiny wiejskiego prostaczka z wiejską dziewuchą?! Będą się rozmnażać, tworząc kolejnych pseudobywateli na chwałę Przewodniczącego i Rady, która martwi się o ujemny przyrost naturalny! Rzeczywiście, jest się czym zachwycać...
-Hmm, może najpierw jednak trochę się odświeżę przed obiadem – mruknęła Victoria, przerywając siostrze w połowie zdania. Wstała od stołu i skierowała się do łazienki. Szybko zdjęła swoje wierzchnie nakrycie i wskoczyła pod prysznic.
Nie mam ochoty wracać do tej cholernej gaduły, pomyślała, gdy tylko pierwsze krople wody spadły na jej twarz. Z drugiej strony jej żołądek stanowczo domagał się ciepłego, domowego posiłku. Ostatecznie postanowiła zrobić sobie jeszcze krótki spacer przed obiadem.
Zawinięta w ręcznik przejrzała się w lustrze. Jednym ruchem ręki osuszyła włosy. Jeszcze nie jest ze mną tak źle, stwierdziła. Nigdy nie uważała się za wielką piękność, choć nie była też brzydka. Usta zbyt wąskie, tak właściwie to była ledwie jasnoczerwona kreska. Brwi nisko osadzone, przez co czarodziejka wyglądała na wiecznie niezadowoloną. Za to ciało... Nie, nie było idealne, ale najważniejsze, że nadal wyglądało, jakby należało do góra dwudziestopięcioletniej kobiety.
Victoria tyle się nasłuchała o tym, jak wielka pięknością była w młodości jej matka. Zresztą nawet wtedy, kiedy ją ostatni raz widziała, nadal można było zachwycać się nad jej urodą. Ale czarodziejka cieszyła się, że nie jest podobna do tej suki, Salveristye (której, o zgrozo, nosiła teraz nazwisko!), tylko do ojca.
Do ojca, którego widziała tylko raz w życiu i nawet nie miała okazji z nim porozmawiać.
W gruncie rzeczy Victoria lubiła czasami się nad sobą poużalać. Po raz kolejny doszła do wniosku, że bardzo niewiele osób potrafiłoby w takiej sytuacji dojść tak daleko jak ona i ma prawo być z siebie dumna, ba, nawet pogardzać innymi, którym się to nie udało. Włożyła na siebie swoje ubranie i wymknęła się z domu. Cóż, z pewnością nie przyszło jej do głowy, jak wiele zawdzięcza zwykłemu szczęściu...
Nie skierowała się do centrum wioski, nie miała ochoty spotykać tutejszych ludzi. W ogóle najchętniej widziałaby wokół siebie tylko tych, z których miałaby konkretny pożytek. W swoim piędziesięciodziewięcioletnim życiu miała zaledwie paru przyjaciół, z większością nie utrzymywała już od dawna żadnych kontaktów. Czy czuła się samotna? Może czasami. Może jak leżała sama w łóżku, nie mając akurat obok żadnego przypadkowo napotkanego mężczyzny? Może jak czasami zbyt długo zapatrzyła się na pusty stół w jadalni jednego ze swoich ogromnych apartamentów? A może właśnie wtedy, jak samotnie przechodziła przez tłum zupełnie jej nieznanych ludzi w kolejnym wielkim i nowoczesnym mieście? Jednak przyzwyczaiła się. Człowiek może się przyzwyczaić do dużo gorszych rzeczy niż samotność. Dlatego właśnie podążyła rzadko uczęszczana polną dróżką, aby po chwili rozłożyć się na łące (oczywiście najpierw wyczarowując sobie koc).
Jakże wielkie było więc jej niezadowolenie, gdy zaraz potem spostrzegła, iż nie jest na tym odludziu sama. Zaledwie parę metrów od niej, ukryta w wysokiej trawie, siedziała trzynastoletnia poetka, wpatrując się rozmarzonym wzrokiem w roztaczające się przed nimi cuda natury.
-Ekchm... Lorrianne? – Victoria z trudem przypomniała sobie imię dziewczynki. Ta usłyszawszy swoje imię spojrzała na czarnowłosą kobietę.
-Pani Victoria... Pamiętam jeszcze, jak pani była w Nelain ostatnim razem – Lorri uśmiechnęła się. – Opowiadała wtedy pani takie wspaniałe historie! O.. – zmarszczyła brwi, usiłując sobie przypomnieć. – O wszechmocnym Imperium, które rozciągało się od Południa do Północy, od Wschodu do Zachodu, na całej Alitsei, i o wielkiej królowej...
-O dyktatorce – czarodziejka też uśmiechnęła się mimowolnie. W każdym rodowitym Południowcu było ziarenko patriotyzmu, resztka tego słynnego fanatycznego nacjonalizmu arlińskiego. Dlatego mimo że Imperium Arlińskie przestało istnieć prawie sześć tysięcy lat temu, nadal jego wspomnienie wywoływało ukrytą dumę jego potomków.
-Tak, o dyktatorce. Nie pamiętam już tego dobrze, miałam wtedy gdzieś tyle lat, ile moja młodsza siostra...
-Młodsza siostra? – Victoria nigdy nie narzekała na kłopoty z pamięcią i pamiętała jeszcze, że Lorri nie miała siostry tylko samych braci.
-Tak, Lilka... – dziewczynka spochmurniała. – Szczerze mówiąc, ona jest jakaś dziwna. To moja siostra, ale tak właściwie to wcale mi nie będzie żal, jak... – urwała nagle, jakby uznała, że za dużo powiedziała.
Dziwna dziewczynka, tak? A może to czarodziejka? Victoria uznała, że warto to sprawdzić. Mogłaby wstąpić do Gildii, oczywiście gdy trochę podrośnie i ukończy Akademię.
Posiedziała jeszcze chwilę na łące w towarzystwie Lorrianne. Dziewczynka jakby instynktownie wyczuwała, że powinna zachować milczenie. Wreszcie czarodziejka wstała i bez pożegnania skierowała się z powrotem do wioski.
Obiad zjadła szybko, prawie nie zauważając obecności męża Elaine. Zresztą on też nie odezwał się do niej ani słowem. Zazdrości mi, pomyślała z satysfakcją. Jeszcze z dzieciństwa zapamiętała go jako bardzo ambitnego, chociaż raczej przeciętnie zdolnego chłopaka.
Ona też była przeciętnie zdolna, ale w końcu posiadała dar posługiwania się magią. To wystarczyło.
Po skończonym posiłku udała się do sąsiedniego domu, w którym mieszkała Lorrianne wraz z matką, sześcioma braćmi i ową młodszą siostrą, która wzbudziła zainteresowanie Victorii. Czarodziejka jakoś nie mogła przestać o niej myśleć. Gdyby nie ten fakt, z pewnością nie pukałaby teraz do drzwi tej rozwalającej się rudery, w porównaniu z którą nawet domek jej siostry wydawał się być luksusową siedzibą.
Oto klasyczny przykład głupoty – mnożą się jak króliki, chociaż nie stać byłoby ich nawet na jedno dziecko. I jeszcze z tego co słyszałam ostatnio stary Kyrre utopił się w rzece i Arave została sama. Chociaż podobno jego ciała nie odnaleziono, więc może po prostu...
-Witaj, Victorio. Cieszę się, że postanowiłaś nas odwiedzić – cichy głos przerwał jej rozmyślania. Zza uchylonych drzwi wyłoniła się drobna postać zmęczonej życiem kobiety. Spojrzała na czarodziejkę obojętnym wzrokiem, jakby tak właściwie było jej wszystko jedno.
-Witaj, Arave. Spotkałam dzisiaj Lorri na łące i jakoś tak pomyślałam, że dobrze byłoby was odwiedzić – Victoria próbowała uśmiechnąć, ale wyszedł jej raczej ironiczny, pełen politowania uśmieszek. Podążyła za Arave do głównej izby. Tam siedziała Ona. Mała dziewczynka o czarnych włosach poprzetykanych srebrnymi pasemkami. Wpatrywała się w okno, jej malutkie rączki od niechcenia bawiły się niewielką, przeźroczystą kulką. Słysząc zbliżające się kobiety odwróciła głowę i spojrzała na Victorię. Czarodziejka od razu wyczuła potężną magię, promieniującą od tej małej istotki. Duże, czarne oczy dziewczynki wpatrywały się w nią z jakimś dziwnym uporem, a może raczej – oczekiwaniem. Jak gdyby mała czegoś od niej chciała...
-To jest Lilianna – rzekła obojętnie Arave, widząc, że Victoria przypatruje się jej córce. – Lily, możesz iść się pobawić gdzie indziej? – dziewczynka na dźwięk tych słów podskoczyła lekko na krześle, ale kiwnęła głową i wyszła. Jej matka westchnęła ciężko.
-Jeszcze w tym roku będę musiała ją sprzedać. Długo się nad tym zastanawiałam, ale po prostu nie mam wyjścia...
Sprzedać na targu niewolników... Gdyby Victoria nie widziała wcześniej dziewczynki, uznałaby, że to wreszcie pierwsza rozsądna decyzja ze strony Arave. Owszem, niewolnictwo było zakazane na terenach Rady Alitsei, ale czarodziejka, jak każda rozsądnie myśląca osoba, popierała ten cichy handel „przymusowymi służącymi”, prowadzony przez Remalve. Jednak ten przypadek stanowił wyjątek i to tak drastyczny, że Victoria postanowiła nie dopuścić, aby mała Lilianna stała się niewolnicą. Jak w końcu mogłaby pozwolić na to, żeby to magiczne dziecko do końca życia usługiwało jakimś bogaczom za marne grosze!
Te czarne oczy, wpatrujące się w nią... Tak, Lilianna wiedziała, jaki los chce zgotować jej matka i wiedziała też, że ta niezwykła nieznajoma ją uratuje. Takie po prostu było przeznaczenie.
-Ile za nią dostaniesz?
-Cóż, to oczywiście tylko mała dziewczynka, ale silna i, jak się ją zagoni do roboty, pracowita. Myślę, że koło tysiąc dwustu tarów.
-Dam ci za nią tysiąc pięćset.
Arave spojrzała na nią ze zdziwieniem. Po co czarodziejce z Gildii jej córka? W pierwszej chwili przyszło jej na myśl to, co słyszała kiedyś o rytualnych mordach i składaniu w ofierze... Ale nie, takie rzeczy podobno zdarzały się już tylko daleko na północy. Mimo wszystko nie potrafiła sobie wyobrazić Victorii jako wyznawczyni jakiejś sekty.
Czarodziejka, widząc że Arave się waha, dodała:
-Nie zrobię z twojej córki służącej. I tak mam ich już za dużo. Ale nie posiadam własnych dzieci i czasami czuję się samotna.
Nie wiedziała, co zmusiło ją do wypowiedzenia tego ostatniego zdania. Przecież wcale tak nie myślała! I nigdy nie chciała mieć dzieci, ani własnych, ani adoptowanych! Ale od chwili, gdy ujrzała Liliannę, czuła się bardzo nieswojo. Tak jakby ktoś inny dawno już za nią zadecydował, a ona nie miała nic do powiedzenia...
-Cóż, jeśli tak na to patrzysz, to nie pozostaje mi nic innego, jak dziękować bogom za to, że moja córka będzie miała dobry dom.
Słysząc te słowa Victoria wyjęła sakiewkę z pieniędzmi i odliczyła obiecana sumę. Nie było co liczyć na to, że ktokolwiek w tej zacofanej wiosce posiada swoje własne konto bankowe, dlatego czarodziejka zaopatrzyła się w sporą ilość gotówki.
-Oto twoje pieniądze. Mała do mojego odjazdu niech zostanie u ciebie. Ja... muszę już iść.
Victoria wyszła czym prędzej z chaty i oparła się o zewnętrzną ścianę. Czuła się, jakby miała wysoka gorączkę, głowa bolała ją niemiłosiernie, nie pozwalając się skupić. Dlaczego ona to zrobiła? Co ją obchodził los tej małej smarkuli, która po raz pierwszy widziała na oczy?
Cholerna przepowiednia, to wszystko przez nią!
Czarodziejka wiedziała, że do wszelkich przepowiedni należało się odnosić z dużym dystansem. Tym bardziej, jeśli była wygłaszana przez kogoś takiego, jak Liakoon. Zbyt często służyły one do politycznych zagrywek, źle interpretowane lub też sfałszowane od samego początku. Ale tamte słowa... A jeśli mała Lilianna naprawdę miała być tym dzieckiem o srebrnej krwi? I ona miała ją wychować, tak chciało przeznaczenie...
Nie, co to za głupoty! To tylko córka wieśniaków, może co najwyżej obdarzona mocą! Żadna pieprzona srebrnokrwista...
Ale skoro już adoptowała dziewczynkę, to odda ją do Akademii Magii. Nie będzie ją to kosztowało zbyt wiele wysiłku, a przy okazji spełni dobry uczynek i uratuje magiczne dziecko od okropnego losu niewolnicy. W świecie wypełnionym różnego rodzaju pseudoludźmi, które zalicza się do istot inteligentnych, osoby bardziej wartościowe powinny się wspierać.
Uspokojona ta myślą powróciła do domu Elaine i z czystym sumieniem ułożyła się do snu.
Lena Nika
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

sobota, 26.stycznia.2008, 21:16
...
Lena Nika
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Prolog

wtorek, 1.stycznia.2008, 13:08
Postanowiłam napisać wszystko od nowa. Tamto opowiadanie zaczynało mnie powoli denerwować, dostrzegałam coraz więcej błędów, znienawidziłam mój dawny styl pisania... Teraz postaram się opisać wszystko bardziej zrozumiale, pogłębić charaktery bohaterów, dokładnie opisać ich motywacje, będą też prawdopodobnie niewielkie zmiany w fabule. Oczywiście nadal nie będzie to prościutka i głupiutka historyjka, tylko ambitne autorskie fantasy/SF. Chcę teraz udoskonalić mój styl pisania i dlatego wszelkie opinie dotyczące mojego opowiadania będą dla mnie bardzo ważne.


Na ziemiach leżących nad Morzem Römmen słońce chyliło się właśnie ku zachodowi. Popołudniowy ruch na ulicach Radenty powoli zamierał, jedynie od strony portu dało się słyszeć nawoływania przewoźników i pośredników kupieckich. Widać spodziewano się kolejnej dostawy wyspiarskich towarów.
Liakoon Nagrenesse, namiestnik Nastelfanu, rozłożył się na sofie, ciesząc się z chwili w pełni zasłużonego odpoczynku. Był to dosyć wysoki mężczyzna z rasy erdginnów, o jasnobrązowej karnacji i ciemnoblond włosach, związanych z pozoru niedbale. Rzadko nosił oficjalny mundur Rady Alitsei, do której należeli wszyscy namiestnicy – zazwyczaj ubierał luźne, wygodne szaty w ciemnych kolorach, od granatu do czystej czerni. Liakoon lubił wygodę – ale lubił też władzę, a utrzymanie władzy było zajęciem bardzo pracochłonnym. Dzisiaj jednak postanowił zrobić sobie wolne, po raz pierwszy od dłuższego czasu. Najpierw pokontempluje trochę szum morskich fal, poczyta coś lekkiego i zupełnie nie związanego z polityką, a potem... Gdy szedł do swoich komnat wpadła mu w oko młoda, rudowłosa niewol... służąca, oczywiście. Nowy nabytek, z Zachodnich Kresów. Po ciemnoskórych Wyspiarkach i białowłosych numidkach to będzie miła odmiana.
Liakoon nie zdążył się jeszcze nawet dobrze zagłębić w tych rozmyślaniach, gdy rozległo się pukanie i do komnaty wszedł wystraszony służący. Namiestnik zabronił komukolwiek mu przeszkadzać, chyba że będzie to sprawa wagi państwowej. W pierwszej chwili miał więc ochotę rozsmarować intruza malowniczo na suficie. Zaraz jednak postanowił dać służącemu dziesięć sekund na wytłumaczenie się. Tyranem w końcu nie był.
-Panie, przybyła namiestniczka Kirdisu, lirre Madrale Darrielisie. Nieoficjalnie. Pragnie niezwłocznie zobaczyć się z...
-Dobrze, niech wejdzie – Liakoon westchnął. Dziesięć sekund minęło i musiał przyznać, że sprawa rzeczywiście była wagi państwowej. Służący skłonił się i poszedł zameldować to pani Madrale, a tymczasem namiestnik opanował ogarniającą go wściekłość, wstał i przywołał najbardziej spokojny i miły uśmiech, jaki był w stanie.
-Witaj, Liakoonie – kobieta, która weszła do pomieszczenia starała się za wszelką cenę nie skłonić głowy choćby o minimetr. W końcu mieli takie same stanowiska i identyczne stopnie w Radzie. – Jak widzę, trafiłam na idealny moment – żadnego ważnego posiedzenia ani spotkania.
Tak, ale chciałbym też, do cholery, czasami odpocząć, pomyślał namiestnik, ale powstrzymał się od wypowiedzenia tego na głos. Zlustrował wzrokiem Madrale – jak zwykle dumnie wyprostowana, pozująca na nowoczesną, bogatą kobietę z airanillskim pochodzeniem, nawet nazwisko zmieniła sobie z „Darriel” na „Darrielisie”, co brzmiało zdecydowanie bardziej po arlińsku. Długie włosy opadały jej jasną kaskadą na plecy, zielone oczy, co prawda nie tak szmaragdowe jak Liakoona, patrzyły na świat z lekką pogardą i wyższością. Ubrana była w biało-fioletową suknię, odsłaniającą ramiona. Całość dopełniał krótki miecz, przypasany u boku namiestniczki.
-Czy jest jakiś cel tej niespodziewanej wizyty, czy też odwiedzasz mnie czysto towarzysko? – Liakoon usiadł, to samo zrobiła Madrale.
-Przyszłam tu po przepowiednię – namiestniczka nie lubiła tracić czasu na niepotrzebne wstępy. – Musze wiedzieć, czy jest ktoś lub coś, co mogłoby zaszkodzić mojemu zwycięstwu nad Lishkanem.
-Zawsze coś takiego jest. Powiedz mi jednak, czemu przychodzisz z tym do mnie? Masz swoich wróżbitów w Reilinrenie.
-Wróżbici... – prychnęła pogardliwie. – Widzą tylko same zwycięstwa i glorię chwały. Twierdzą, że moja armia jest niepokonana.
Bo boją się powiedzieć cokolwiek innego, pomyślał Liakoon. Dlatego zawsze był za wolnością słowa.
-To zwykli oszuści i pochlebcy – kontynuowała. - Ty jesteś najlepszym wróżbitą na całej Alitsei, jeśli ty coś zobaczysz, to wtedy będę wiedziała, jakie istnieje niebezpieczeństwo.
-Jest tylko jedno ale... Co ja będę z tego miał? – Liakoon popatrzył na nią chytrze. Madrale zrobiła oburzona minę.
-Wszyscy namiestnicy są po tej samej stronie, zwalczając lishkańskie barbarzyństwo i sektę Pani. Należymy do Rady Alitsei, ostatniej ostoi cywilizacji w dzisiejszym świecie i służymy jednemu, nieomylnemu Mistrzowi. Tak więc powinniśmy się wspierać w tak ważnych sprawach, a nie targować się o każdą drobnostkę.
Chyba tylko ona jeszcze w to wierzy... Każdy z namiestników gra na swoją korzyść i wszyscy to widzą.
-Tak więc, w ramach wzmacniania jedności Krain Rady, proponuję uwspólnić jeden z portów teleportacyjnych na północnej granicy, Mardę chociażby.
-Dobrze, każę przygotować odpowiednią ustawę, masz moje słowo – rzekła. Wiedziała, w jakim stanie jest nękana grabieżami Marda i uznała, że połowa wpływów w tym mieście nie jest zbyt wygórowaną ceną.
Liakoon uśmiechnął się i zamknął oczy. Minuty mijały jedna za drugą, a oni siedzieli w ciszy, zakłócanej jedynie szumem morskich fal. Wreszcie Madrale zaczęła się niecierpliwić.
-Długo to będzie jeszcze trwało?
Namiestnik spojrzał na nią swoimi szmaragdowozielonymi oczyma. I tak wytrzymała dłużej, niż się spodziewał. Cierpliwość z pewnością nie należała do jej głównych cech.
-Myślisz, że ty mi zadasz pytanie, a mi się zaraz wyświetli przed oczami odpowiedź? – Liakoon zdążył już co prawda coś zobaczyć, ale na razie zamierzał to zachować dla siebie. A poza tym uwielbiał się z nią droczyć, w duszy uważał ją za zbyt pewną siebie idiotkę i nie mógł pojąć, czemu Mistrz wybrał ją na namiestniczkę.
-Tak trudno jest przywołać wizję? – Madrale popatrzyła na niego z wyższością. – A może po prostu twoje umiejętności są przereklamowane?
-Ja się nigdy nimi za specjalnie nie chwaliłem. Nie jestem wróżbitą z powołania tylko z przypadku. A jeśli tak ci się śpieszy to może mi pomożesz?
-Jak niby?
-To proste – ja przywołam wizję, ty swoją mocą ją podtrzymasz i razem obejrzymy spektakl pod tytułem: „Co też może przeszkodzić sławnej, potężnej, mądrej i pięknej Madrali w zdobyciu tego przeklętego, barbarzyńskiego Lishkanu”. Przynamniej teoretycznie.
-Teoretycznie?
-Tak, teoretycznie. – namiestnik nie zamierzał rozwijać tego tematu. – Więc?
-Dobrze, niech będzie. Ale nawet nie myśl o jakiś podstępach – dodała szybko. Wróżbita uśmiechnął się uspokajająco.
-Chodź tutaj i podaj ręce.
Madrale zawahała się przez chwilę. Trwało to jednak krótko, zaraz przesiadła się na miejsce naprzeciw Liakoona i wsunęła swoje dłonie w jego, jasnobrązowe. Przez jej ciało przeszła ogromna ilość many, nie broniła się, pozwoliła, aby jego moc połączyła się z jej mocą, otworzyła swój umysł. Każda drobina many, znajdująca się teraz w pomieszczeniu, zaczęła być dla niej odczuwalna, jak gdyby zmysły wyostrzyły się jej do niewyobrażalnego stopnia. Od nadmiaru bodźców zakręciło się jej w głowie, przed oczami zatańczyły czarne plamy.
To jednak był podstęp. On chce mnie zabić, parszywy zdrajca! – przemknęło Madrale przez myśl. Otoczyła ją ciemność. I nagle...

Świątynia Pani w Lishkanie. Najwyższy Kapłan, Arlach Nesiilish, rozmawia z wilowatm numidem, Charlesem Laksinannelikatse, członkiem Gildii Magów. Przed nimi leżą rozłożone mapy Republiki Lishkańskiej, a także całej północnej Alitsei, plany miasta, strategie. Obaj dyskutują o czymś zawzięcie, choć ze spokojem. Charlie pokazuje coś na mapie, zaznacza ręką granice... Madrale zdążyła jeszcze tylko zobaczyć siedzącą w pewnym oddaleniu dwójkę mniej więcej pięcioletnich dzieci, chłopca i dziewczynkę, lecz wtedy obraz rozmył się i ukazała się kolejna wizja...

Młody, jeszcze nastoletni chłopak leży wyciągnięty na wznak na łóżku. Półmrok panujący w pomieszczeniu nie pozwala na dokładne zobaczenie jego twarzy. W ręce ma srebrny sztylet, opatrzony magicznymi znakami, bawi się nim od niechcenia...

Ciemnowłosa kobieta, także z Gildii Magów, jedzie na białym pegazie drogą prowadzącą do Searvey. Przed nią na wierzchowcu siedzi mała dziewczynka o czarnych włosach poprzetykanych srebrnymi pasemkami. Obie są już porządnie zmęczone, mała drzemie oparta o ramię starszej jeźdźczyni...

Jedno z przygranicznych miasteczek, Marda zdaje się. Ludzie ze spuszczonymi głowami przemykają się po ulicach, zajęci swoimi sprawami. Do bramy w centrum rynku jest przykutych łańcuchami wzmocnionymi magią kilka postaci. Wyznawcy Pani. Ich skóra, wystawiana na działanie czaru sillerissten, jest okropnie poparzona, jednak oni, jak wszyscy „sekciarze”, znoszą te niewyobrażalne tortury w ciszy, z godnością. Nagle blondynka wisząca po środku podnosi głowę i spogląda przed siebie z nienawiścią, zupełnie jakby wiedziała, że sprawczyni jej cierpienia ją widzi. Madrale wzdrygnęła się i przerwała wizję...


Powrócili do rzeczywistości. Namiestniczka, blada jak papier, oparła się o krawędź sofy, oddychając ciężko jak po długim biegu. Czując na sobie szydercze spojrzenie Liakoona starała się opanować, z trudem opanowała drżenie nóg i podniosła się powoli.
-T-to b-była dobra o-odpowiedź – Madrale odezwała się i zaraz tego pożałowała. Głosu nadal nie zdołała opanować. Zacisnęła mocno powieki i przełknęła ślinę. – Będę wiedziała, co z tym zrobić – dodała, tym razem spokojnie.
-Cała przyjemność po mojej stronie – Liakoon uśmiechnął się. O tak, to była przyjemność, rzadko nadarzała się okazja oglądania namiestniczki w stanie kompletnego rozbicia. Nie kosztowało go to wiele wysiłku, większość many pochodziła od Madrale. – Liczę, że najpóźniej jutro wejdzie w życie nowa ustawa o zarządzaniu Mardą.
Kobieta skinęła głową. W obliczu wojny na północy to i tak nie miało wielkiego znaczenia, dziwiło ją, że wróżbita wybrał właśnie ten port. Przez chwilę miała ochotę coś dodać, ale zrezygnowała, pożegnała się i wyszła. Namiestnik został sam, ale nie miał już w tej chwili ochoty na odpoczynek.
-Wezwij do mnie Charliego Laksi-nanne-likat-se – nawet on miał problemy z wymówieniem tego nazwiska, cholerni numidzi, czy oni nie mogą się jakoś normalnie nazywać?
-Tak, panie – odpowiedział mu żeński głos. Po dłuższej chwili w pomieszczeniu zmaterializował się białowłosy mężczyzna o jasnobrązowej karnacji, podobnej do tej Liakoona i oczach z czerwonymi tęczówkami. Skłonił się lekko przed namiestnikiem.
-Jeżeli pan oczekuje sprawozdania z ostatniej wyprawy...
-Wiem, Silveriann już mi w dosyć wyraźny sposób zasugerowała, że mam się nie wtrącać w sprawy Gildii – namiestnik przerwał mu. – Była z wami Victoria Salveristye?
-Była, ale tylko w pierwszej fazie. Potem wzięła „urlop”, podobno chce odwiedzić rodzinę na Zachodnich Kresach.. – Charlie wzruszył ramionami. Nie przepadał za Victorią, a ona go wręcz nienawidziła, zawsze jednak starał się być dobrze poinformowany.
-Zachodnie Kresy... – Liakoon zmarszczył brwi. Niedobrze, tereny Kirdisu, na dodatek ze słabo rozwiniętą infrastrukturą. – Znajdziesz ją i przekażesz, żeby niezwłocznie przybyła tu, do Radenty. Mam do niej, i do ciebie zresztą również, ważną sprawę. Ach tak, w Kirdisie możesz mieć trochę utrudnioną podróż, dlatego skorzystasz z linii nastelfańskiej.
-Mam rozumieć, że dokładniejsze wyjaśnienia otrzymam dopiero po przybyciu Victorii?
-Dokładnie – Liakoon rozpromienił się. Uwielbiał współpracować z ludźmi, którzy od razu pojmują tok jego myśli i nie zadają męczących, zbędnych pytań.
-Będzie tak, jak sobie pan życzy. Nie odpowiadam tylko za zachowanie Victorii.
Namiestnik skinął głową, znał w końcu Salveristye całkiem dobrze. Zdziwiło go, że to właśnie ona między innymi pojawiła się w wizji.
Charlie jeszcze raz się ukłonił i zniknął. Namiestnik, z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku, oparł głowę o brzeg sofy i przymknął oczy. Wywołanie wizji ożywiło go jednak na tyle, że postanowił ominąć wszelkie kontemplacje i przejść od razu do następnego punktu planu na dzisiejszy wieczór.
Lena Nika
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział XV

poniedziałek, 3.grudnia.2007, 21:44
Zmaterializowali się w zniszczonym, zaśmieconym pomieszczeniu, które pełniło obecnie rolę mardyjskiej teleportiarni. Victoria rozejrzała się zdziwiona. Nie była co prawda z Mardzie od dobrych trzydziestu lat, ale nadal pamiętała wspaniałe marmury i wyniosłe kolumny, które niegdyś witały przybywających do miasta gości. Marda miała być największym portem teleportacyjnym na północ od Lamvarny i rząd dawnej Rewolucji przeznaczył ogromne kwoty na ten cel. Ambitnego planu nie udało się jednak zrealizować. Po przejęciu władzy przez Trzecią Radę Marda znalazła się na granicy pomiędzy ZKRA* a tak zwanym terenem lishkańskim. Liczne napady grabieżcze szybko wyniszczyły miasto. Victoria wiedziała o tym wszystkim, jednakże dopiero teraz po raz pierwszy przekonała się na własne oczy, jak wielkie były to zniszczenia. Magoelektroniczna tablica informacyjna leżała zdjęta na ziemi, zamiast niej wszędzie porozwieszane były zwyczajne, papierowe plakaty, których treść była następująca:

Obywatele i obywatelki Wolnego Miasta Mardy!
Z dniem 11 listopada 10273 roku zdjęte zostało z Was poddaństwo Radzie Alitsei, nałożone przemocą przez Medeę Darrielisie ,tytułującą się namiestniczką Kirdisu. Wszelkie krzywdzące daniny, które dotąd musieliście uiszczać na rzecz owych zdrajców Jedynej i Wszechmocnej Pani, są, wraz z nastaniem owego wspaniałego dnia, zniesione. Na miejsce dotychczasowej władzy lokalnej w Mardzie został powołany Rząd Tymczasowy Wolnego Miasta Mardy, którego zatwierdzenie odbędzie się w Dzień Zwycięstwa**. Zarządca miasta zrzekł się swojego stanowiska i w wyznaczonym terminie będzie osądzony ze swoich zbrodni przez niezależny i sprawiedliwy trybunał.
Mając na uwadze bezpieczeństwo obywateli Wolnego Miasta Mardy wojska Frakcji Wyzwoleńczej pozostaną na terenach nowopowstałego polis do czasu uspokojenia sytuacji na południowej granicy. Mieszkańcy są proszeni o udzielenie wszelkiej możliwej pomocy naszym oddziałom. Wszystkie koszty, jakie obywatele poniosą z tego tytułu, będą zwrócone z nawiązką w najbliższym możliwym terminie.
Z przykrością informujemy też, że zasilanie magoenergetyczne oraz dotychczas stosowana Sieć Południowoalitsejska zostały zablokowane. Jednakże w najbliższych dniach zasilanie z rdzeniem o innym źródle będzie wznowione, a mieszkańcy Wolnego Miasta Mardy uzyskają połączenie z Siecią Północnoalitsejską. Za wszelkie kłopoty z tym związane serdecznie przepraszamy.

Dowódcy Frakcji Wyzwoleńczej


Victoria oderwała wzrok od plakatu informacyjnego. Ich teleportacja nie wywołała większego poruszenia wśród strażników. Chwila oczekiwania nie trwała jednak długo. Usłyszeli czyjeś szybkie kroki i ujrzeli postać Kapłanki zmierzającej na ich spotkanie. Już z daleko można było dostrzec jej długie, jasne włosy, połyskujące na tle skromnej, białej szaty, przyozdobionej jedynie złotym pasem.
-Witam was w imieniu...
-Sillanno, co ci się stało?! – przerwał jej Charlie, patrząc z niepokojem na jej twarz. Dopiero z bliska Victoria zauważyła, że jej oblicze, które jeszcze niedawno należało do niezwykle urodziwej kobiety, jest pokryte świeżymi, zaledwie parudniowymi oparzeniami.
-Później porozmawiamy – syknęła cicho Sillanna. – Mam nadzieję, że nie odbierzecie tego jako brak gościnności, jeśli chwilowo uniemożliwimy wam opuszczenie teleportiarni. W obecnej sytuacji przybysze z południa są szczególnie kontrolowani. Jednak na czas oczekiwania zostały wam przydzielone komnaty. Jeśli pozwolicie, zaprowadzę tam was teraz – dodała zaraz głośno. Charlie pokiwał głową i cała trójka ruszyła za Kapłanką. Strażnicy na widok Sillanny ukłonili się z szacunkiem, pozdrawiając ją „w Imię Pani”. Jednak na obcych patrzyli z nieukrywaną niechęcią.
-Więc jak? – Charlie ponowił swoje pytanie jak tylko zamknęły się za nimi drzwi.
-Zwykłe zaklęcie. Nic poważnego – jego siostra spojrzała mu prosto w oczy. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Nagle numid szybkim ruchem złapał ją za rękę i podwinął rękaw jej szaty. Ich oczom ukazały się głębokie, czerwone ślady, pozostawione zapewne przez zbyt ciasno założone więzy. Victoria zmrużyła oczy. Nikt nie musiał jej tłumaczyć sytuacji, kiedyś widziała na własne oczy, jak żołnierze kirdyjscy w przygranicznych i nowozdobytych miejscowościach przywiązywali Wyznawców Pani do bram miejskich i rzucali na nich zaklęcie sillerissten, zwane zaklęciem parzącego promienia. Zabija ono dosyć powoli i w bolesny sposób, a oparzenia nie chcą się goić latami, nawet przy zastosowaniu nowoczesnej medycyny. To wszystko miało służyć zastraszeniu ludności, która miała prawdopodobnie więcej wspólnego z Lishkanem, niż z Krajami Rady.
-Kiedy? – Charlie puścił jej dłoń i patrzył na nią uważnie. Kapłanka skrzywiła się.
-Trzy dni temu, chyba strażnicy mardyjscy musieli coś przeczuwać, bo byli wyjątkowo ostrożni. Ale i tak już od dwóch dni gryzą piach. Frakcja powystrzelała ich co do jednego – Sillanna odpowiedziała niechętnie. Charlie prychnął pogardliwie, ale nie zdążył niczego powiedzieć, bo jego siostra zaraz dodała: - Ale nawet nie próbuj się bawić w starszego, troskliwego brata, bo tak się składa, że z nas dwóch to ja jestem zarówno starsza jak i rozsądniejsza.
-Rzeczywiście, przybycie do kirdyjskiej Mardy, gdzie wszystkich Kapłanów czeka pewna śmierć, było bardzo rozsądnym posunięciem.
-Są rzeczy, dla których warto się poświęcić. Ja przynajmniej w coś wierzę.
-I dla tego czegoś chcesz zginąć. Ale ja nie pozwolę, żeby moja jedyna siostra tak ryzykowała...
-Jedyna siostra? – Sillanna uniosła brwi ze zdziwienia. Charlie zawahał się chwilę i wreszcie rzekł obojętnie:
-Mia nie żyje. Została schwytana w Nowej Moskalii, gdy próbowała wymierzyć sprawiedliwość zabójcy Lisolette.
Przez chwilę Kapłanka wpatrywała się swojego brata jakby liczyła, że to był tylko głupi żart. Gdy wreszcie dotarło do niej znaczenie tych słów opadła ciężko na krzesło i ukryła twarz w dłoniach.
-Pani nasza, miej w opiece duszę mojej siostry – szepnęła cicho. Charlie zmarszczył brwi w irytacji. Był ateistą od trzynastego roku życia i denerwowały go takie objawy religijności u Sillanny.
-Gdy dopadnę tego elfa będzie on umierał śmiercią długą i BARDZO bolesną – rzekł z zawziętością. Kapłanka spojrzała na niego.
-I znowu ta vendetta. Przecież przez to właśnie zginęła Mia! Charlie, przed chwilą sam mówiłeś o niepotrzebnym ryzyku. Ja też nie chcę zostać jedynaczką! – jej głos nabrał histerycznego tonu. – Było nas pięcioro, a zostało tylko dwoje. To wszystko przez tą cholerną zemstę, gdybyśmy wtedy odpuścili, Andrey i Mia pewnie nadal by żyli! Ja znałam Lisolette najlepiej z was wszystkich i wiem, że ona by tego nie chciała. Nie chciałaby, żebyśmy ginęli bez sensu! Charlie... – jej głos załamał się. Otarła z oczu łzy i wpatrywała się w swojego brata, po części ze złością, po części błagalnie.
-Idę się przejść. I tak, wiem, mamy nie wychodzić z teleportiarni – dodał pośpiesznie. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi Victoria prychnęła pogardliwie. Przypatrywała się całej tej wymianie zdań z coraz bardziej pogłębiającym się uczuciem, że nie powinno jej tam być. Rzadko jednak kierowała się tego typu przeczuciami.
-Za co ty go tak nienawidzisz? – Sillanna spojrzała na Victorię.
-Słucham?
-Za co tak nienawidzisz mojego brata? Przecież widzę, nie zaprzeczaj. Łatwo odczytać twoje uczucia, Victorio Salveristye.
Czarodziejka zmieszała się lekko, sama nie wiedząc, co odpowiedzieć. Od tylu lat każdy gest, każde słowo Charliego odbierała negatywnie, po prostu ot tak, z przyzwyczajenia. Ale kiedyś się to zaczęło. To było tak dawno, ale Victoria nie należała do osób, które łatwo wybaczają. Wróciła myślą do tamtego zdarzenia...

Czarnowłosa, na oko dziesięcioletnia dziewczynka szybkim krokiem przemierzała pusty korytarz. Spojrzała nerwowo na zegarek – za niecałą minutę minuty rozpoczynały się zajęcia, a ona miała jeszcze do przebycia całe dwa piętra. Profesorka nauczająca teoretyki magii ostrzegła, że jak jeszcze raz spóźni się na jej zajęcia, to przepyta ją dokładnie z całego materiału drugiego roku. Victoria nie miała bynajmniej na to najmniejszej ochoty. Zaczęła biec, coraz szybciej, nie zważając na nic uwagi, dopóki nie wpadła na białowłosego młodzieńca.
-Uważaj trochę, smarkulo – rzucił, nie racząc nawet na nią spojrzeć. – Chyba ta lista powinna przejść pewną korektę... – kontynuował przerwaną rozmowę. Stojąca obok niego blondynka, mniej więcej w jego wieku, kiwnęła twierdząco głową.
Victoria obejrzała się ze złością. Nie cierpiała, gdy ktoś traktował ją lekceważąco.
-Ach, no tak, wspaniały pan O-Nazwisku-Którego-Nie-Da-Się-Wymówić, prymus i pupilek wszystkich profesorów. Ciekawe, co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że on wcale taki święty nie jest.. – dziewczynka wpatrywała się w niego ze złośliwą satysfakcją.
-O czym ty mówisz? – Charlie obejrzał się.
-O pewnym „zdarzeniu” w lamvarńskiej knajpie, kiedy „przez przypadek” za...
-Gdzie to słyszałaś? – numid nadal mówił spokojnie, ale widać było, że jest poruszony.
-W domu pani Salveristye można usłyszeć wiele ciekawych rzeczy – Victoria stwierdziła, starając się nadać swojemu głosowi obojętny ton.
-Fae, możemy omówić tą listę później? – zwrócił się do blondynki.
-Daj spokój, chyba nie przejmujesz się słowami tej gówniary?.
-Powiedziałem, że później – rzekł z naciskiem. Faedia wzruszyła ramionami i odeszła.
-Eee, to ja może też już pójdę... – Victoria nagle straciła swoją pewność siebie. Odwróciła się i próbowała zwiać, ale Charlie złapał ją mocno za ramię.
-Ałaa! Puszczaj mnie! – dziewczynka próbowała się uwolnić. Bezskutecznie.
-Posłuchaj mnie, ty mała żmijo... Być może wydaje ci się, że jesteś taka ważna, bo wyrwałaś się z tej swojej wioski i uczysz się w Akademii. Wbij jednak sobie do głowy, że nadal jesteś zerem i nigdy nie będziesz niczym więcej. A to, co wiesz o mnie, jest NIEPRAWDĄ. Zrozumiano?! I wierz mi, jeśli dowiem się, że rozpowiadasz takie głupoty, to przekonasz się na własnej skórze, co robimy z takimi jak ty w Liskhanie – Charlie potrząsnął nią. Victoria była naprawdę przerażona, czerwone oczy numida świeciły taką wściekłością, że nie miała najmniejszej wątpliwości, że spełniłby swoją groźbę. Charlie odepchnął ją, tak mocno, że aż się przewróciła.
-Zapamiętaj sobie tą lekcję. Jesteś tylko nic nie wartą smarkulą. I zawsze nią będziesz. – młodzieniec patrzył z satysfakcją na płaczącą ze złości i bezsilności Victorię.
-Zabiję cię... Przysięgam, kiedyś cię zabiję! – dziewczynka wrzasnęła przez łzy. Odpowiedział jej tylko szyderczy śmiech.


To było tak dawno... Przecież mogłaby mu już wybaczyć. Ale nadal w jej głowie brzmiały słowa te, że jest zerem, że jest nic nie warta. Te pełne pogardy spojrzenie... Nie, nigdy nie zapomni. I nigdy nie wybaczy.
-Za to, że jest aroganckim, zapatrzonym w siebie dupkiem. Możesz mu o tym powiedzieć. I przypomnieć o mojej obietnicy – Victoria wstała i wyszła, trzaskając ze złością drzwiami. Sillanna westchnęła. Nie miała pojęcia, że to jest aż taki drażliwy temat.
-Nie pogodzisz ich – stwierdziła siedząca do tej pory w milczeniu Lilka. Kapłanka uśmiechnęła się gorzko. Wiedziała, że ta niezwykła dziewczynka ma rację.


*ZKRA – Zjednoczone Krainy Rady Alitsei, czyli Darestia, Elishalia, Nastelfan i Kirdis, rządzone przez namiestników i podporządkowane władzy przewodniczącego Rady Alitsei

**Dzień Zwycięstwa – obchodzony przez Pierwszą Radę dzień śmierci Dyktatorki (Katriny Shadowfax) 2 grudnia 4031 roku, zniesiony oficjalnie przez Francisa Carlisiego po odejściu Lorielaie Farotheelish, nadal jednak obchodzony przez Wyznawców Pani
Lena Nika
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Kalendarz Arliński

poniedziałek, 3.grudnia.2007, 21:43
KALENDARZ ARLIŃSKI:


W kalendarzu arlińskim lata liczy się od chwili założenia Królestwa Arlandu. Lata przed tym wydarzeniem określa się mianem p.z.k. (przed założeniem królestwa). Jeden rok to, podobnie jak w naszym kalendarzu, czas pełnego obiegu Alitsei wokół Słońca, a doba to czas obiegu planety wokół własnej osi. Jednak te wartości są inne niż w przypadku Ziemi, tak samo jak podział doby na godziny, godziny na minuty, a minuty na sekundy. Także tydzień ma inną długość. Więc tak:
1 rok = 12 miesięcy = 84 tygodnie = 420 dni = 3360h = 336000min = 33600000s (rok alitsejski jest więc nieznacznie dłuższy od naszego, gdyż u nas 1 rok = 31557600s)
1 miesiąc = 7 tygodni = 35 dni
1 tydzień = 5 dni
1 dzień = 8h = 800min = 80000s (nasz dzień ma 86400s)
1h = 100min = 10000s
1 min = 100s
W powyższy rozpis nie jest wliczone ok. 2h, które zawsze "zostaje" każdego roku. Jest one dodawane do ostatniego dnia w kalendarzu, więc 35 grudnia ma 10h, a nie 8h. Raz na 547 lat jest dodawany dodatkowy dzień, 36 grudzień.

W kalendarzu arlińskim tydzień ma pięć dni, których nazwy pochodzą od kamieni szlachetnych, uważanych przez arlinów za najcenniejsze. W dzisiejszych czasach, gdy bardzo niewiele osób używa tego języka jako swojego ojczystego, znaczenie zatarło się i nie są zrozumiałe dla przeciętnego mieszkańca Alitsei bardziej, niż dla nas nazwy naszych dni tygodnia:
Iespria (szafir)
Lannvis (rubin)
Marviea (szmaragd)
Siliqen (diament)
Averiss (kamień szlachetny o tej nazwie istnieje tylko na Alitsei (w każdym razie nie spotkałam się z nim nigdzie indziej), jest zazwyczaj czarny albo ciemnogranatowy).
Averiss jest to ostatni dzień tygodnia, w kulturze arlińskiej wolny od pracy (podobnie jak nasza sobota i niedzela).

Miesięcy, podobnie jak u nas, jest dwanaście, mimo że mają one wszystkie po 35 dni. Nie będę tu przytaczać ich nazw, gdyż i tak zawsze będę je tłumaczyła od razu na język polski (w przypadku dni tygodnia byłby z tym pewien problem
Lena Nika
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Organizacje

poniedziałek, 3.grudnia.2007, 21:39

Gildia Magiczna - organizacja zrzeszająca magów. Działa ona zgodnie z Prawem Zjednoczonych Krain, lecz nie jest podporządkowana namiestnikom, co daje jej dużą swabodę działania. Sama organizacja nie szkoli magów od podstaw, nowi rekruci są przyjmowani po ukończeniu którejś z Akademii Magii. Gildianie zajmują się różnymi rzeczami, zwani są "poszukiwaczami przygód", gdyż byli wplątani, chociaż pośrednie, w większość afer, tajemnych misji i tym podobnych spraw w ciągu ostatnich parudziesięciu lat. Na czele Gildii Magicznej stoi, według niedawno wprowadzonych zasad, Pierwsza Czarodziejka/Pierwszy Czarodziej Gildii, wybierany na 50 lat. Obecnie tą funkcję sprawuję Amylena Annarrina Silveriann. Gildia Magiczna nie jest zbyt starożytną organizacją, została założona w 10214 roku przez Liakoona Nagrenesse (później namiestnika Nastelfanu) i to on właśnie był pierwszym przywódcą Gildii Magicznej.



Łowcy - tak nazywa się elfy, które "polują" na Dzieci Ciemności (przeważnie erdginnów lub resztki wampirów). Nie jest to jedna, zgrana organizacja, Łowcy przeważnie działają sami, ewentualnie w niewielkich grupkach. Są doskonale wyszkoleni w walce, sprawnie posługują się magią. Większość Łowców ma swe siedziby w Elishalli (nazywanej przecież "krainą elfów"), lecz podróżują po całej Alitsei (a nawet poza nią) w poszukiwaniu "wyznawców mroku".



Remalve - organizacja najemników, którzy pilnują zazwyczaj szlaków handlowych. Są wynajmowani przez bogatych kupców lub wysokich urzędników. Remalve nie jest w pełni zgodne z Prawem Zjednoczonych Krain, ale jest tolerowane przez namiestników. Ma bardzo duży wpływ na handel w Alitsei. Nie jest rządzona przez jedną osobę, ale dzieli się na poszczególne oddziały, których siedziby znajdują się w najważniejszych miastach Alitsei i Kolonii.



Świątyna Pani - określenia to nie obejmuje wszystkich Wyznawców, a jedynie kapłanów Pani (czyli Lorielaie Farotheelish). Są oni wybierni spośród najzdolniejszych Wyznawców i stanowią swojego rodzaju gwardię Najwyższego Kapłana/Kapłanki (obecnie jest nim Arlach Ralleiniilish). Najwyższego Kapłana/Kapłankę wybiera Zgromadzenie Kapłanów i sprawuje on swój udział do końca życia (które zazwyczaj nie trwa już zbyt długo - wielu z nich zmarło w wyniku przedawkowania many). Siedzibą Najwyższego Kapłana jest obecnie Lishkan - najwięsze skupisko Wyznawców Pani, gdzie ma on duży wpływ na władzę w mieście. Świątynia ma długą tradycję, powstała podczas panowania Lorielaie w Radzie Alitsei, wtedy też często współdziałała z ówczesnymi władzami. Obecnie natomiast stanowi najpotężniejszą "opozycję" Mistrza Światła. Dlatego właśnie w Zjednoczonych Krainach uważa się ich za "sekciarzy", którzy nie mają nic wpólnego z prawdziwą Lorielaie, a którzy szerzą kult wymyślonego przez siebie bożka. Tak więc, według prawa obowiązującego w Zjednoczonych Krainach, za przynależność do Świątyni Pani karą jest śmierć od zaklęcia sillerissten (zaklęcia parzącego światła - umiera się od tego przez dobre paręnaście godzin).




Lena Nika
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rasy

poniedziałek, 3.grudnia.2007, 21:38
RASY





RASY FELLARDIS – tak zwane rasy magiczne, mające naturalną zdolność do magii większości form. Wszyscy przedstawiciele tego typu ras (oprócz arlinów) mają dwie postacie – przyziemną i magiczną. Większość ras stłumiła swoją magiczną postać i bardzo rzadko ją pokazują. Dlatego właśnie są oni tak bardzo podobni do ludzi.




Arlini - uważana przez wielu za najpotężniejszą z ras, nazywaną często "rasą Magii" (jako że wszyscy arlini byli czarodziejami). Arlini byli zawsze wysocy, szczupli, o bardzo jasnej karnacji, mieli też duże oczy, płonące dziwnym blaskiem. Ich pojawienie się w Alitsei jest owiane tajemnicą. Według legendy pochodzą oni od dwunastu Ristarenów, którzy zostali wygnani z kręgu bogów i zamienieni w zwykłych śmiertelników. Powodem tej kary miało być to, że po wojnach Tytanów, wbrew woli innych Risteranów postanowili oni zniszczyć młodą, dopiero kształtującą się rasę ludzką, sprowadzając na Alitseę wielki kataklizm. Innym bogom udało się co prawda uratować ludzi, ale planeta odniosła spore szkody i wiele lat musiało minąć, aż udało się ją przywrócić do dawnej świetności. Arlini jednak sami nigdy nie wierzyli zbytnio w legendę o swoim boskim pochodzeniu, choć zawsze uważali się za lepszych od innych ras, zaś w szczególności od ludzi. Aby utrwalić ten mit, nigdy nie przedstawili żadnej naukowej teorii swojego pochodzenia, najczęściej porównując się do erginnów i elfów, jakoby sugierując, że są trzecią z głównych ras fellardis, najmłodszą, ale też najdoskonalszą z nich wszystkich, łączącą w sobie najlepsze cechy obu gatunków. Owa hipoteza jest jednak wątpliwa, zważywszy na fakt istnienia ogromnych różnic między arlinami, a elfami i erginnami, co według niektórych badaczy diskwalifikuje nawet ową rasę z kręgu ras fellardis. Niektórzy sądzą, że arlini są hybrydami elfów i ludzi, biorąc pod uwagę pierwotne miejsce ich występowania (Krantę). Taki punkt widzenia spotykał się zawsze z oburzeniem arlinów, którzy uważali ludzi za rasę niższą, a także odcinali się od ewentualnego wspólnego pochodzenia z elfami z powodu ich jawnego (a po upowszechnieniu się na Alitsei kultury Imperium Alińskiego, ukrytego) biseksualizmu.
W 1 roku według kalendarza arlińskiego arlini założyli na południowo-zachodnim brzegu Eanolu (głównego lądu Alitsei) swoje królestwo, którego władczynią, po długich sporach została Leslie Shadowfax. Przez wiele lat musieli prowadzić wojny z różnymi sąsiednimi plemionami, dużo bardziej od nich licznymi, lecz dzięki ich ponadprzeciętnej inteligencji, magicznej mocy, korzystnym sojuszu z Airanillą i fanatycznemu patriotyzmowi (arlin, gdy mu się dobrze powodzi, jest najbardziej samolubnym stworzeniem pod słońcem, ale w obliczu zewnętrznego zagrożenia jest gotowy poświęcić życie w obronie swojej ojczyzny) wkrótce wyrośli na największą potęgę III., a potem IV. tysiąclecia. Jako jedynej rasie udaje się im zapanować nad całą Alitseą pod przywództwem Dyktatorki (Katriny Shadowfax) i dzięki temu do dziś stosuje się język arliński do nadawania wszelkich nazw, używa się kalendarza arlińskiego, arlińskich miar, itd. W XI. tysiącleciu nie ma już czystokrwistych arlinów, a jedynie ich wielorasowi potomkowie. Co prawda istoty tworzące Oddziały Arlińskie są uważane za ostatnich arlinów, lecz z punktu widzenia genetycznego jest to założenie błędne. Są to bowiem potomkowie silnie zmutowanych mieszkańców tzw. IV Arlandu (po upadku Dyktatorki), którzy w wyniku eksperymentów (zarówno magicznych, jak i genetycznych) mających na celu ulepszenie arlinów i stworzenie rasy idealnej, zatracili charakterystyczne dla nich cechy.




Elfy - jest to tzw. „rasa światła” i jedna z dwóch najstarszych ras fellardis. Niezależnie od szczepu mają zawsze jasną cerę i spiczaste uszy. Wszystkie elfy, bez względu na szczep, charakteryzuje wrodzony biseksualizm. Wyróżnia się trzy szczepy elfów:

- Elfy Tarilleriandzkie - obecnie zdecydowanie najliczniejszy szczep elfów. W przeciwieństwie do dwóch pozostałych elfich szczepów, Tarilleriandzi są wysocy i silni, przewyższają pod tym względem większość ludzi. Wywodza się od wymarłych obecnie elfów askańskich, którzy po zniszczeniu Askanii (Królestwa Elfów) przepłynęli Ocean i dopłynęli do Kranty, mniejszego lądu Alitsei i tam, w wyniku krzyżowania się z ludźmi, utworzyły zupełnie inny gatunek elfów (których jakoby odmianą, według niektórych badaczy, mieliby być arlini; jest to jednak prawdopodobnie hipoteza błędna). Na Eanol (czyli główny ląd) przybyły ponownie dopiero po utworzeniu Rady Alitsei i miały bardzo duży wpływ na jej kształtowanie. Obecnie większość elfów tarilleriandzkich mieszka w Elishali.

- Elfy Askańskie – w XI. tysiącleciu jest to szczep wymarły, wyniszczony głównie przez długie wojny toczone z erdginnami jeszcze p.z.k. Szczegóły można znaleźć w „Historii Alitsei”.

- Elfy Valli – przedstawiciele tego szczepu są najmniejsi ze wszystkich elfów, nawet mężczyźni bardzo rzadko przekraczają 2,8 lv (ok. 168 cm). Przez długie wieki zamieszkiwały wielkie puszcze północne, nie zakładając osad na otwartych przestrzeniach. Nazywano je często „dzikimi elfami”, jako że nie stworzyły nigdy żadnej znaczącej cywilizacji. Zajmowały się głównie magią natury, w jej najbardziej pierwotnej postaci. Przez długi czas elfy valli nie stworzyły swojej przyziemnej postaci. Gdy na tereny przez nich zamieszkiwane przybyli ludzie i zaczęli wycinać lasy, elfy nie podjęły walki, wycofując się coraz bardziej na północ. Po utworzeniu królestwa Laisany, ten szczep elfów praktycznie zaginął, przeżyły tylko pojedyncze osobniki, nadal ukrywając się przed ludźmi. Jedynym bardziej znanym przedstawicielem owego szczepu była Lorielaie Farotheelish, założycielka Rady Alitsei, czczona jako bogini o nazwie „Pani”.





Erdginni - jest to tzw. „rasa ciemności”. Jedna z dwóch najstarszych ras fellardis, jest przeciwwagą dla „rasy światła”, czyli elfów. Erdginnow, podobnie jak elfy, charakteryzuje wrodzony biseksualizm. Po wyginięciu Tytanów, młodszego pokolenia bogów, ich moc, która pozostała na Alitsei, rozdzieliła się na Moc Światła i Moc Ciemności. Wkrótce ukształtowały się z nich dwie rasy fellardis (czyli tzw. magiczne, w odróżnieniu od ras asteldis, które swoje powstanie zawdzięczają Mocy o innym źródle). Erdginni zamieszkali na południu Alitsei i tam zakładali swoje miasta. Nie założyli nigdy jednolitego państwa, w okresie ich świetności powstał jednak Sojusz Miast Erdginnickich (w jęz. erd. Haklern rad Illnet Verdaril) pod przywództwem miasta Sanri. Zarządcę Sanri uważano za przywódcę wszystkich erdginnów, nie było to stanowisko dziedziczne, lecz wybierano go lub ją w powszechnym głosowaniu. Była to więc pierwsza forma demokracji w Alitsei i jednocześnie jedyna stosowana w tak znaczącym ośrodku (w Arlandzie, a nawet w Airanilii uważano demokrację za wyjątkowo nieskuteczną formę rządu). Podczas panowania zarządcy Ianerna z rodu Nagrenesse (erdginni mieli cztery główne rody: Ville, Endeharrie, Rauenstenard i Nagrenesse; do dzisiejszych czasów przetrwał tylko ten ostatni) Sojusz w dosyć tajemniczy sposób „zniknął z powierzchni ziemi” (było to ok. roku 2750 p.z.k.). Niewielka ilość erdginnów, która zdołała przeżyć zagładę, rozproszyła się po całej Południowej Alitsei i nigdy więcej nie utworzyli oni zgranej społeczności. Mieli jednak duży wpływ na bieg dalszej historii i mimo licznych prześladowań przetrwali aż do XI. tysiąclecia. Czystokrwiści erdginni mają zawsze zielone oczy (dziedzictwo po Wojnie o Nieśmiertelność ok. 7400 roku p.z.k.), spiczaste uszy oraz ciemną skórę. Są silnie powiązani z wampirami, którzy w większości wywodzą się właśnie od erdginnów.




Kassijowie (Linntarici) - legendarne istoty zamieszkujące wielkie lasy. Pierwsze wzmianki o Linntaritach (nazwa arlińska; ta pierwsza pochodzi z ich własnego języka, zapisanego alfabetem uniwersalnym) pojawiły się dopiero w czasach arlińskich, nie wiadomo dokładnie, kiedy pojawiły się na Alitsei. Są oni niewielkiego wzrostu, podobnego do krasnoludów, mimo że są od nich dużo drobniejsi. Jest to lud skryty, a przy tym agresywny dla obcych, dlatego nie utrzymywali oni nigdy żadnych stosunków dyplomatycznych z innymi rasami. Żyją w ogromnych leśnych osadach, ukrytych głęboko w wielkich lasach. Potrafią posługiwać się magią, nie tak pierwotną jak elfy ville (które zresztą są czasami z nimi mylone; jednakże elf, nawet z tej rasy, jest sporo wyższy od linntarita), tylko bardziej podporządkowaną i przystosowaną do walki i rzemiosła. Najbardziej znana cywilizacja tych stworzeń powstała w starożytnej puszczy Ar Pass, rosnącej tysiące lat temu na północno-zachodniej granicy Arlandu. Po raz pierwszy ich obyczaje spisała arlinka Lilianna Villare w 1630 roku. Do obecnych czasów nie powstały żadne dokładniejsze opisy ich życia i dla większości istot na Alitsei Kassijowie są tylko legendą. Podobno szczep żyjący w puszczy Ar Pass przez wieki walczył z wilkołakami, także zamieszkującymi te tereny, jednakże nie ma żadnych wiarygodnych źródeł opisujących te wydarzenia.






RASY ASTELDIS – rasy „niemagiczne”, spora część z nich może co prawda używać magii, lecz raczej tej bardziej zmodyfikowanej, najlepiej w systemie lathimskim. Nie posiadają oni swojej drugiej postaci.




Fterieny - najbardziej prymitywna ze wszystkich ras. Żyją w wodzie, na lądzie mogą przebywać tylko przez krótki okres czasu. W przeciwieństwie do pozostałych ras asteldis, nie należą do grupy ssaków żyworodnych, tylko do ssaków jajorodnych. Przez wieki nie były w ogóle uważane za jedną z ras myślących, ale za zwyczajne zwierzęta. Dopiero odkrycie wielkich miast podwodnych, założonych przez fterieny, przekonało rasy lądowe o ich cywilizacji. Wśród nich rozróżnia się dwa główne szczepy – słodkowodne i morskie.
Fterieny słodkowodne były znane rasom lądowym już od tysiącleci. Dużo bardziej prymitywni od swoich morskich pobratymców, rzeczywiście bardziej przypominały bezmyślne zwierzęta niż istoty rozumne. Odżywiały się przede wszystkim rzecznymi rybami, przez co stały się wrogami rybaków, żyjących nad brzegami Wielkich Rzek. Tępione przez wieki, stały się bardzo nieufne i unikały wód płynących przy okolicach zamieszkanych. Jednak mimo wszystko nie przetrwały do naszych czasów.
Fterieny morskie żyją na dnie Wielkiego Oceanu. Niewiele o nich wiadomo. Ich osady charakteryzują się dosyć dużym stopniem rozwoju cywilizacyjnego, mimo że nie używają ani magii, ani elektryczności (co chyba jest normalne, biorąc po uwagę, iż mieszkaja pod wodą).
Całe ciało fterienów jest pokryte łuską, zamiast nóg mają oni duży, silny ogon. W wyniku ewolucji wykształciły się im ręce podobne do ludzkich, lecz cienkimi błonami pomiędzy palcami. Oddychają tak jak większość organizmów wodnych skrzelami. Ogólnie rzecz biorąc, mają one zarówno cechy ryb jak i ras lądowych.




Krasnoludy - niewielkie, dobrze zbudowane istoty. Rzadko posługują się magią i nie mają ku temu naturalnych predyspozycji. Za to są mistrzami wszelkich rzemiosł, do czasów powstania nowoczesnej techniki to właśnie krasnoludzkie pancerze, bronie i ozdoby miały największą wartość, nie licząc oczywiście wytworów magicznych innych ras. Krasnoludy są prawdopodobnie spokrewnieni z ludźmi, w dużo jednak mniejszym stopni niż numidzi. Ok. roku 5000 p.z.k. przywędrowały do Środkowej Eanoli (prawdopodobnie najpierw przepływając Ocean Alitsejski) i założyły siedziby w Górach Hardedzkich. W tych wysokich i niedostępnych górach przez długi czas były bezpieczne, a sprzedając swoje znakomite wyroby, a także wydobyte metale i klejnoty, w stosunkowo krótkim czasie wzbogacili się niezmiernie. Dopiero II Wojna Erginnicko-Elficka doprowadziła do upadku ich potęgi.
W IX. Tysiącleciu krasnoludy stanowią gatunek wymarły.




Ludzie - zdecydowanie najliczniejsza rasa spośród ras Alitsei, jest uważana za protoplastę wszystkich innych ras asteldis, prócz fterienów. Zamieszkują wszystkie obszary znanego świata, także Kolonie. Według wierzeń rasa ludzka pojawiła się i przeżyła swój pierwszy rozkwit jeszcze przed pojawieniem się na Alitsei erdginnow i elfów. Została jednak zdziesiątkowana podczas Wielkiej Zagłady i na długi czas straciła na znaczeniu. Badania przeprowadzone w celu ustalenia pochodzenia ludzi wykazały jednak, że przodkowie ludzi mieszkali jedynie na Krancie, wyspie, na której z powodu jej słabej aury magicznej, nie wykrztałciła się żadna rasa fellardis i zamieszkiwały ją tylko zwierzęta. Jednak miliony lat ewolucji doprowadziły do tego, iż z bezrozumnych zwierząt zaczęły powstawać istoty człekoształtne, podobne do małp, obdarzone większą inteligencją niż żyjące tu zwierzęta. Byli to przodkowie ludzi. Na tej podstawie często uważa się ludzi jako najstarszą ze wszystkich ras. Wątpliwości pojawiają się jednak, gdy próbuje się ustalić w jakim momencie owe istoty przestały być zwierzętami i stały się rasą rozumną.
Ludzi można także podzielić na szczepy, czy też może na w różnym stopniu spokrewnione ze sobą narodowości. Najogólniejszy podział ludzi o obecnie podział na ludzi Południa (potomków dawnych Airanillczyków) i Północy. Południowcy są z reguły wyżsi i szczuplejsi, przypominają trochę arlinów, z którymi są zresztą daleko spokrewnieni. Mają większe zdolności do magii niż ludzie Północy, za to gorzej posługują się wszelkim orężem. Według niektórych Południowcy (szczególnie obywatele Darestii) charakteryzują poglądami zbliżonymi do nacjonalistycznych, inni nazywają to jednak po prostu patriotyzmem. Jednak w przeciwieństwie do ludzi Północy, którzy wywodzą się spośród różnych narodowości, Południowcy mają silne poczucie przynależności, mające swoje korzenie jeszcze w epoce arlińskiej i czasach świetności II Airanilli.




Numidzi - są to istoty, zamieszkujące przeważnie tereny o chłodnym klimacie. Czystokrwisty numid ma niezależnie od wieku białe włosy i czerwone oczy. Interesują się różnego rodzaju wynalazkami, to właśnie oni rozpoczęli kolonizację kosmosu po upadku Arlandu. Pochodzą prawdopodobnie od ludzi zamieszkujących tereny na zachód od dawnej Tosedelii, którzy jednak ok. roku 800 p.z.k. (przed założeniem Królestwa Arlandu) opuścili swoje dotychczasowe siedziby i osiedlili się w Górach Winxidaletskannel (jak podają numidzkie źródła, byli to ludzie wybitnie inteligentni i obdarzeni magiczną mocą, przez co byli szykanowani przez zazdrosnych współplemieńców). Prawdopodobnie sa najmłodszą ze wszystkich ras. Duże stężenie many wokół siedzib numidów przyśpieszyło ich ewolucję i dlatego obecnie różnią się oni znacznie od zwykłych ludzi. W XI. tysiącleciu większość numidów mieszka w Nastelfanie, w okolicy Parmevelo i zajmuje się działalnością naukową na rzecz Rady Alitsei. Są autorami większości współczesnych wynalazków, dzięki nim poziom cywilizacji na najbardziej rozwiniętych terytoriach (czyli głównie w Nowej Moskalii i samym Parmevelo) powoli zaczyna dorównywać poziomowi sprzed upadku Imperium.




Wile - mają srebrne włosy, piękną, jasną twarz, a poza tym w jakiś przedziwny sposób przyciągają zainteresowanie płci przeciwnej i nienawiść przedstawicieli tej samej płci. Rzadko pełnią ważne stanowiska, nie są zbytnio ambitnymi osobami, najważniejsza jest dla nich ich osobista wygoda. Nie zachowały się przekazy mówiące o pojawieniu się tej rasy w Alitsei, prawdopodobnie także pochodza w jakimś stopniu od ludzi. W XI. tysiącleciu jest nadal dosyć sporo wili, można je spotkać we wszystkich Zjednoczonych Krainach, a także poza nimi.






[dział nadal w rozbudowie]
Lena Nika
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział XIV

sobota, 27.października.2007, 18:39
Długo trwało napisanie tego rozdziału, głównie z powodu nawału zajęć. Nie powiem, żebym była z niego specjalnie zadowolona, chyba proces pisania rozwlekł sie na zbyt długi okres. Vici i Lilka są dopiero w dalszej części rozdziału, no ale pojawiły sie:D Pozdrowienia dla Ladari i całej Trójcy, dedykuję im ten rozdział, w szczególności zaś Astii, która się o to tak dopominała:)))


Melae spojrzała niecierpliwie na wielki zegar stojący w kuchni. Dochodziła trzecia, a pan Hallvei nadal nie raczył wstać. Wrócił wczoraj z przyjęcia późnym wieczorem, wyraźnie wstawiony. Zdziwiło to trochę służącą – mimo że jej pan za kołnierz nie wylewał, to jednak głowę miał mocną i nigdy wcześniej nie widziała go naprawdę pijanego. Towarzyszyła mu jakaś młoda kobieta, widziała ją parę razy już wcześniej, ale nadal nie znała jej imienia. Szczerze mówiąc nie interesowało ją to. W tym mieście dla takich jak ona panowała zasada: im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie.
Gdy zegar wybił równą trzecią wzięła tackę ze śniadaniem oraz eliksirem na kaca i podeszła pod drzwi sypialni. Jeżeli Hallvei zaraz nie wstanie, to spóźni się do pracy, a winą obarczy oczywiście ją, biedną służącą. Zapukała ostrożnie, lecz nie usłyszała odpowiedzi.
-Proszę pana, jest już trzecia! Przygotowałam śniadanie... – nadal nic. Nie widząc innego wyjścia, otworzyła drzwi. To, co ujrzała, na chwilę kompletnie pozbawiło ją mowy. Na łóżku leżała półnaga kobieta, martwa, z podciętym gardłem i licznymi ranami na ciele. Pod zalaną krwią pościelą zobaczyła Hallveia, także umazanego czerwoną cieczą. Służąca wrzasnęła przeraźliwie, upuściła tackę i zbiegła na dół. Musi zawiadomić pogotowie, straże, kogokolwiek! Poczciwa kobiecina nigdy wcześniej nie znalazła się w takiej sytuacji tak ta i, tracąc zupełnie głowę, popołączała się ze wszystkimi „potrzebnymi” służbami: od pogotowia zaczynając, poprzez strażników, aż na zakładzie pogrzebowym kończąc.

Zaledwie pół godziny później Andren Hallvei, wściekły, przerażony, a także jeszcze trochę oszołomiony, zmierzał szybkim krokiem ku gabinetowi dowódczyni straży. Wezwano go w trybie pilnym, oczywiście w związku z tą całą aferą, którą narobiła jego głupia służąca. Nadal jednak nie rozumiał, jak to się mogło stać. Maridię poznał zaledwie tydzień wcześniej. Pochodziła ze średniozamożnej rodziny, niedawno skończyła studia. Nie wyróżniała się niczym szczególnym, no może oprócz urody. Wydawała się być idealną kandydatką do przelotnego, niezobowiązującego związku. Czemu więc teraz była martwa? Przychodziła mu do głowy tylko jedna myśl – ktoś próbował jego, oficjariego straży nowomoskalijskiej, wrobić w morderstwo.
Hallvei, po otrzymaniu potwierdzenia tożsamości, wszedł do sporego, zastawionego w większej części różnymi sprzętami magoelektrycznymi pomieszczenia, będącego gabinetem dowódcy, czy też w chwili obecnej – dowódczyni. Jednak ku swojemu przerażeniu nie zastał tam Lorriany Librenne, ale samego namiestnika. Pozdrowił go ostrożnie, sam nie wiedząc, czego ma się spodziewać.
-Czy mógłbyś mi łaskawie wyjaśnić czemu obywatelka Nowej Moskalii została znaleziona martwa w twojej sypialni? – spytał jadowitym głosem Rasil, mając jednocześnie minę, jakby proponował właśnie swojemu podwładnemu kawę.
-P-panie... Ja, ja n-naprawdę... t-to... – Hallveia ogarnęła panika. Taki ton Angisellego nie wróżył nic dobrego. Namiestnik przez krótką chwilę przyglądał się, jak strażnik próbuje uformować jakieś konkretne usprawiedliwienie.
-Hallvei, zachowuj się jak mężczyzna, a nie jak trzęsąca się galareta! – stracił wreszcie cierpliwość. – Inaczej nawet nie raczę wysłuchać twoich kłamstw.
Strażnik zdołał się trochę uspokoić. Idąc na owo przesłuchanie spodziewał się odpowiadać przed panią Librenne i pod jej kątem przygotowywał w myślach swoją obronę. Nadal zresztą był oszołomiony całym zajściem (a także prawdopodobnie środkami odurzającymi, zażytymi nieświadomie poprzedniego dnia) i reagował z pewnym opóźnieniem. Teraz jednak odzyskał zdolność jasnego myślenia. Opisał namiestnikowi całe wydarzenie, razem ze swoimi podejrzeniami co do spisku. Gdy umilkł, Rasil przez moment nic nie mówił, zastanawiając się nad czymś. Chwila ta dłużyła się Hallveiowi niemiłosiernie.
-Wiesz, jaka jest kara za zabójstwo? – odezwał się wreszcie namiestnik. Hallveia przeszedł dreszcz, ale odpowiedział tylko:
-Tak, panie.
-Ty jednak próbujesz wskazać pewne okoliczności, które mogłyby oczyścić cię z zarzutów. Wszystko ma jednak swoją przyczynę. Powiedz mi więc, czemu. Czemu ktoś chciałby wrobić cię w morderstwo?
-Mam wielu wrogów wśród tych, którzy sprzeciwiają się twojej władzy, panie. Jestem tylko niewiele znaczącym człowiekiem, ale wiernym tobie i naszej ojczyźnie.
Namiestnik uśmiechnął się w duchu. Tak, prawdą było, że Hallvei miał wrogów, głównie wśród tych, którzy dziwnym trafem musieli ustąpić ze swojego stanowiska, umożliwiając mu w ten sposób awans. Być może rzeczywiście mówił prawdę, ale sprawy zabrnęły za daleko. Zbyt wiele osób wiedziało o tym morderstwie, a nie mógł ryzykować swojej reputacji.
-Proces ten jest przeprowadzany w trybie wojskowym, o jego przebiegu będziemy widzieć tylko my i Lorriana Librenne. Zrobimy tak. Załóżmy, że ja ci wierzę. Aby jednak nie wzbudzić podejrzeń zostaniesz przeniesiony do jednej z jednostek przygranicznych.
-Do której, panie? – Hallvei jednak od razu wiedział, jaka będzie odpowiedź.
-Arverun – nazwa ta, mimo że spodziewana, zabrzmiała jak wyrok śmierci. Była to niewielka stacja na pograniczu Darestii i Strefy Promieniowania*, licząca zaledwie około dwudziestu mieszkańców. Cieszyła się bardzo złą sławą, głównie ze względu na wysoką śmiertelność osób tam skierowanych. Hallvei wiedział jednak, że na nic zdałyby się wszelkie protesty – namiestnik już podjął decyzje, a on tak naprawdę nie miał dowodów na swoją niewinność. Skłonił się tylko i, nic nie mówiąc, wyszedł z komnaty.

***

-Przykro mi, ale teleportacja do Mardy nie będzie możliwa. Połączenie zostało zerwane, prawdopodobnie wczoraj wieczorem miasto zostało przejęte przez jedną z grup opozycyjnych – dziewczyna pracująca w recepcji z trudem powstrzymała się od ziewnięcia. Przez to całe zamieszanie musiała zostać w pracy na całą noc i teraz marzyła tylko o długim, spokojnym śnie. Tymczasem to oczywiście jej musiała się trafić jedyna poranna grupa podróżnych. Tak właściwie to ciężko nawet było nazwać to „grupą” – numid, czarnowłosa kobieta, mała dziewczynka, a do tego dwa pegazy.
-Jestem pewny, że mogłaby pani połączyć się telepatycznie z centralą Mardy – stwierdził Charile, uśmiechając się do niej ciepło. Dziewczyna zarumieniła się.
-Cóż, można by było spróbować... Tylko żeby nikt nie doniósł szefowi – słysząc te słowa Victoria prychnęła cicho. Co było w tym jego uśmiechu, w tym spojrzeniu, że wszystkie kobiety się na to nabierały? Tylko ona była inna. Przynajmniej tak się jej zdawało.
Odeszła trochę dalej i spojrzała przez okno. Budynek, w którym się znajdowała, stał na skraju niewielkiego punktu granicznego, którego z pewnością nie można było nazwać miastem. Dalej rozciągały się stepy, zdające się nie mieć końca. Gildianka była przyzwyczajona do zmian, ale to wszystko zaczynało ją przerastać. Lishkan... Przeklęte miasto... Czemu los musiał ją skierować akurat tam?
-Nie martw się Victorio, jakoś sobie poradzimy – Lilianna przytuliła się. Czarodziejkę zdumiał taki gest. Dziewczynka wtuliła się w jej szatę zupełnie jak małe dziecko w suknię swojej matki. Victoria najpierw zesztywniała, nie wiedząc co robić, a potem odepchnęła ją lekko.
-Nie martwię się, skąd ci to przyszło do głowy? – spytała chłodno. Lilka popatrzyła na nią smutno, ale nic nie powiedziała, bo w tej chwili podszedł do nich Charlie.
-Rozmawiałem z Centralą Mardy. Nie przepuszczą nikogo Północnym Szlakiem, dopóki ich władza się nie ustabilizuje. Czyli najwcześniej za miesiąc.
-Głupcy! Za miesiąc armia kirdyjska stłumi bunt i ani Lishkan ani żadne z kolonialnych księstw im nie pomoże. Wojna wisi na włosku, a oni takie numery wyczyniają...
-W każdym razie nas już tam nie będzie. Wyruszymy Szlakiem Amssineckim.
Victoria zmarszczyła brwi.
-Ale przecież on nie prowadzi do Lishkanu! Kończy się w Amssi, od celu będzie nas dzieliła cała Puszcza Vallińska.
-No to przejdziemy ją. Pieszo – Charlie odwrócił się w stronę platformy teleportacyjnej.
-Ej, chwila! Ja też mam tu coś do powiedzenia! – Victoria nienawidziła takiego lekceważenia. – Może to jest jakiś podstęp? Przecież normalnie to by nawet nie chcieli z tobą rozmawiać.
-Powiedzmy, że mam... znajomości. W Świątyni. Tak się szczęśliwie składa, że pewna Kapłanka przebywa akurat w Mardzie.
-Sillanna – Victoria zgadła od razu. Nigdy jeszcze nie widziała tej siostry Charliego na oczy, ale sporo o niej słyszała.
-Teraz już nie masz wątpliwości? – Victoria najchętniej podała by z tysiąc powodów, dla których nie należało ufać nikomu powiązanemu z Lishkanem i Świątynią. Już nawet nie chodziło o jej niechęć do tej wyprawy, ale o to, że Charlie próbował zrobić z siebie przywódcę. Żaden jednak z jej argumentów nie wydał jej się wystarczająco mocny.
-Ruszajmy lepiej, zanim tamci się rozmyślą – odpowiedziała tylko. Złapała jedną ręką Liliannę, drugą uzdę swojego pegaza, i zniknęła**. Po chwili to samo uczynił Charlie, uśmiechając się jeszcze po raz ostatni do młodej recepcjonistki.


*Strefa Promieniowania Magicznego – rozciąga się na terenach dawnego Arlandu. W czasie trzeciej wojny domowej (trwającej z przerwami od 4185 do 4237 roku) na tych terenach
została użyta broń chemiczna, magochemiczna (alchemiczna) i biologiczna o bardzo dużym zasięgu, co spowodowało trwałe skażenie całego obszaru. Dzięki barierom magicznym, odgradzającym IV Arland od reszty świata promieniowanie nie rozniosło się po całej Alitsei, a skupiło jedynie na tych terenach. Jednak po prawie sześciu tysiącach lat bariery osłabły i przebywanie w pobliżu Strefy Promieniowania jest bardzo niebezpieczne dla zdrowia

**Czarodzieje mogą się samoistnie teleportować z teleportarni po zdjęciu osłon. Dlatego nie musieli czekać na odpowiedni termin, jak Iarin w IV rozdziale
Lena Nika
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział XIII

poniedziałek, 24.września.2007, 08:36
Victoria obudziła się w środku nocy, nie czując się wcale senna. Przez chwilę przewracała się w boku na bok, aż wreszcie wstała, założyła szlafrok na nocną koszulę i zeszła do pokoju gościnnego, w którym znajdował się kominek. Chciała posiedzieć przez chwilę w samotności, więc była bardzo niezadowolona, gdy zobaczyła Charlesa, siedzącego na fotelu i wpatrującego się w ogień.
-Co ty tu tak późno robisz? – spytała, podirytowana.
-Nie widzisz? – w tych słowach nie było jego zwykłej ironii, tylko chłód.
-Ten list... ktoś ważny umarł? - zdziwiło ją trochę, że to powiadomienie tak poruszyło Charliego. „Musi chodzić o którąś z jego sióstr... Z tego co wiem, to nie ma innej rodziny, a na pewno nie przejąłby się śmiercią którejś ze swoich licznych kochanek” – pomyślała.
-Mia Laksinannelikaste – odpowiedział, siląc się na obojętność.
-Aha – mruknęła Victoria, która bynajmniej nie zamierzała dać po sobie poznać, że się tym cokolwiek przejęła. Uświadomiła sobie jednak, że ona chyba nie miała nikogo na świecie, za kim mogłaby tęsknić. Jak umarła jej matka, ta suka bez serca, której i tak prawie nie znała, to nawet się ucieszyła. Dostała spory spadek, odtąd już nigdy nie zaznała biedy. Może i zmartwiła się śmiercią swoich przybranych rodziców, ale wtedy była jeszcze dzieckiem, miała 17 lat, w tym wieku każdy by się przejął. Nie miała innej rodziny, tylko Derryl, jednakże ona przez te wszystkie lata w Gildii stała się dla niej obca. Nagle poczuła się bardzo samotna. Szybko jednak stłumiła to uczucie.
-No to ja już pójdę... – Victoria uznała, że czas się wycofać. Przyszło jej do głowy, że powinna wyrazić współczucie, ale cokolwiek by powiedziała i tak nie były by to słowa szczere. Tak więc po prostu wróciła do swojej sypialni i przez resztę nocy, wzorem Lilianny, patrzyła się bezmyślnie w okno.
Następnego dnia została ustalona ostateczna data ich podróży do Lishkanu. Pojutrze o 1.00 teleportują się nad północną granicę Nastelfanu. Stamtąd wyruszą konno (a konkretniej – na pegazach) do Miasta Pani jako posłowie namiestnika Liakoona.
Charlie przeniósł się do Nowej Moskalii z samego rana. Victoria nie dowiedziała się niczego o okolicznościach śmierci Mii, zresztą przestało ją to interesować. Jeżeli stało się to w Nowej Moskalii, to prawdopodobnie wiązała się z tym jakaś tajemnicza intryga, a tych miała jak na razie serdecznie dość.

***

Amylena Silveriann siedziała przed dużym lustrem w jednym z najwspanialszych apartamentów w Nowej Moskalii. Właśnie kończyła swój poranny makijaż. Mogła by co prawda zlecić wykonanie go jednej z licznych służących, ale według niej żadna nie potrafiłaby tego zrobić tak dobrze jak ona. Nawet na chwilę nie przerwała swojej czynności, gdy strażnik przekazał jej telepatycznie wiadomość o przybyciu gościa. Dopiero jak ten wszedł do pokoju, rzekła:
-Witaj Charlie, spodziewałam się ciebie – nadal nie odwróciła wzroku od lustra.
-Czyli jak zwykle o wszystkim wiedziałaś? Może więc wyjaśnisz mi, czemu Mia musiała zginąć? – spytał uprzejmym tonem, zbliżając się do Amyleny. Ona wreszcie spojrzała na niego.
-Uspokój się, Charlie...
-Ja jestem spokojny!
-Oczy ci się zmieniły – Silveriann uśmiechnęła się szyderczo. Laksinannelikaste spojrzał w lustro – rzeczywiście, jego zwyczajne, numidzkie oczy stały się czarne – nie tylko tęczówki i źrenice, one były całe czarne, jak u niektórych zwierząt.
-Musisz się chyba nauczyć bardziej panować nad swoją erdginnicką naturą... Akurat nie mam ochoty na spotkanie z rozszalałym fellardisem* - stwierdziła chłodno.
-Nie wątpię – mimo wszystko głos Charlesa nadal był spokojny – ale powinnaś wiedzieć, że ja zazwyczaj nie tracę panowania nad sobą. Chcę jednak dowiedzieć się, kto powinien odpłacić mi się za śmierć mojej siostry. Kto ją zabił...
-Nikt, przecież popełniła samobójstwo – Amylena zaśmiała się ironicznie.
-A kto ją skazał na powieszenie? – głos Charliego był tak chłodny, że Pierwsza Czarodziejka miała uczucie, jakby temperatura w pomieszczeniu spadła o parę stopni. A może rzeczywiście tak się stało, w końcu był Czarodziejem Lodu.
-Namiestnik prawdopodobnie. W każdym razie maczał on w tym palce. On i Aislinn Nesiilish.
-Ten Łowca? Chyba zaczynam to wszystko rozumieć... Tylko jaką miał z tego korzyść Angiselli? Bo na pewno nie zrobił tego bezinteresownie.
-Ja tego nie wiem. A nawet gdybym wiedziała, nie miałabym powodu, aby ci mówić – Amylena wzruszyła ramionami.
-W każdym razie ten przeklęty elf zginie... I nie pomoże mu tym razem żaden namiestnik.
Czarodziejka, słysząc te słowa, zbliżyła się do numida.
-Mówią, że nie nadaję się do rządzenia Gildią i że ty mną manipulujesz... – rzekła, patrząc mu w oczy – my oboje wiemy, że to nieprawda. Nie mogłabym ci tego co prawda zabronić oficjalnie, ale jeśli chcesz zostać przywódcą Gildii po zakończeniu mojej kadencji, to powinieneś trochę bardziej dbać o swoją reputację...
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Nagle Charles przybliżył jej twarz do swojej i pocałował ją namiętnie.
"Charlie i jego zemsta... Mają rację ci, którzy twierdzą, że idzie on po trupach do celu." – pomyślała czarodziejka, gdy Laksinannelikaste już wyszedł. Zaraz jednak wzruszyła ramionami i powróciła do przerwanej przybyciem gościa czynności.

***

Jakieś pięć godzin później Charles Laksinannelikaste siedział w obskurnej knajpie na obrzeżach Nowej Moskalii. Załatwił już sprawę pogrzebu Mii, z jej ciała pozostał tylko popiół, który rozwiał wiatr po tej nieprzyjaznej im ziemi. Kolejne rozstanie na wieczność... Nie, Charlie nie wierzył w żadne reinkarnacje ani życia po śmierci, wiedział, że już nigdy nie zobaczy swojej ukochanej siostry.
Z tych rozmyślań wyrwał go nieprzyjemny głos pijanego bywalca baru:
-Ej ty, won z tego miejsca, idź czekać na swoje klientki gdzie indziej – Charliego nawet nie zdziwiło takie zdanie. Zazwyczaj pytanie „Co może robić wil w takim miejscu i o takiej porze?” było pytaniem retorycznym. Minęło też już sporo czasu od chwili, gdy jeszcze jako dwudziestoletni smarkacz wbił pewnemu jegomościowi sztylet w brzuch za podobną odzywkę i nauczył się od tej pory dużo lepiej panować nad swoimi emocjami.
-Salvnarettelikn ilvenarieka, estarmiestale vial atermnisklio eftaleemida? – odwrócił się i spytał po numidzku spokojnym głosem. Pijacy, widząc jego czerwone tęczówki, a przede wszystkim znaki Gildii Magicznej na szacie, zmieszali się bardzo. Ten, który odezwał się do Charlesa, ogromny człowiek, z tłustą, nalaną twarzą, pokrytą parodniowym zarostem, chciał najpierw coś powiedzieć. Po chwili jednak rozmyślił się i machnął ręką. Całe towarzystwo rozeszło się. Widać nie byli jeszcze aż tak pijani, żeby atakować maga.
Chwilę po tym zajściu do knajpy wszedł ciemnowłosy młodzieniec i dosiadł się do numida. Ubrany był w lekko podniszczoną koszulę i ciemne spodnie, na ubranie miał zarzuconą pelerynę z kapturem. Jednym słowem – nie wyróżniał się spośród tłumu stałych bywalców baru.
-Niech jedenaście gwiazd świeci pomyślnością nad naszymi ziemiami... – wyrzekł pośpiesznie umówione hasło.
-...aż do końca Czasu i jeszcze dłużej – odparł niecierpliwie Charlie, patrząc jednocześnie na przybyłego z lekkim rozbawieniem. Oczywiście nie była to prawdziwa postać Riettiego Norianela, tylko jeden z jego licznych kamuflaży. Trzeba było przyznać, że wyszedł mu całkiem nieźle. – Czego się dowiedziałeś?
-Cóż, to nie było proste, wokół tej sprawy panuje jakaś dziwna zmowa milczenia...
-Wiem – warknął Laksinannelikaste – i dlatego tobie kazałem to zrobić, zamiast samemu się tym zająć.
-No tak... Pani Silveriann ma racje, wszyscy widzieli, jak ten Łowca rozmawiał z namiestnikiem – powiedział, przechodząc na język numidzki, mało znany w tych stronach. – Dokładniejszych szczegółów nie zna jednak nikt oprócz tej dwójki. Za to udało mi się dowiedzieć, który oddział brał udział w zatrzymaniu Mii. Dowódcą był niejaki Andren Hallvei, reszta to płotki, mam co prawda spisane ich nazwiska, ale oni nie są ważni.
-Co wiesz więcej o tym Hallveiu?
-Pochodzi z niezamożnego, ale starego rodu airanillskiego. Wpływów rodziny raczej nie należy się obawiać, nikt nie jest na tyle ważny, aby ci poważnie zaszkodzić. On sam to ambitny gówniarz, dwudziestoparoletni. Mówią, że będzie szedł po trupach, aby dojść do celu – w tym momencie Rietti spojrzał znacząco na Charliego.
-Tak, wiem, ten opis kogoś mi przypomina – stwierdził numid ironicznie.
-Tu są pozostałe potrzebne dane – podał Charlesowi kartkę – ja już muszę się zwijać, pilne sprawy – Norianel wstał – Aha, mam nadzieje, że śmierć Mii nie zmieni mojego układu.
-Ja za to ręczyć nie mogę, przecież wiesz.
Rietti pokiwał głową i odszedł. Laksinannelikaste przeczytał treść trzymanej w ręku kartki i zamienił ją w dłoni w lód, który zaraz rozsypał się na drobne kryształki. Hallvei miał pecha, Charlie nie zamierzał rezygnować z zemsty. Jeżeli nie może zemścić się na namiestniku i na tym elfie, to pozostawał tylko on. Nie, nie zamierzał go zabijać... To by było zbyt oczywiste. Numid uśmiechnął się w duchu – już wiedział, co zrobić.


*postać, którą posiadają tylko rasy magiczne, więcej szczegółów w dziale „O mnie, o bohaterach i o Alitsei”
Lena Nika
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział XII

niedziela, 9.września.2007, 12:15
Następny dzień upłynął na tak zwanym „planowaniu”, co sprowadzało się do tego, że Victoria siedziała zndzona przed ogromną mapą Eanoli i słuchała tego, co mówił Charlie, czasami tylko potakując ponuro. Po pewnym czasie numidowi zabrakło tematów do omówienia, jako że w obecnych czasach nawet droga do Lishkanu wydawała się być w miarę prosta. Tak więc i on zamilkł, a żadne z nich nie chciało rozmawiać o tym, jak wykonać powierzone im zadanie.
Gdy Victoria zaczęła już powoli usypiać z nudów, rozległ się głos:
-Saystern przesyła wiadomość dla pana Charlesa Laksinannelikaste.
-Niech się pojawi – rozkazał numid.
W pomieszczeniu zmaterializował się mężczyzna. Nie był on bynajmniej żywą osobą, tylko istotą stworzoną ze specjalnie zmodyfikowanych układów magii i pełnił funkcję posłańca. Mógł bowiem przemieszczać się po sieci, nie korzystając ze szkodliwej dla many teleportacji.
-Wiadomość – podał Charliemu zwyczajną kopertę, bez żadnych elektronicznych ani magicznych ulepszeń. Taki zwykły list nigdy nie wróżył nic dobrego, zwłaszcza jeśli był koloru czarnego. Widząc to, numid pobladł, ale nic nie powiedział, wziął wiadomość i wyszedł z pokoju. Victoria wiedziała, że czarna koperta oznacza powiadomienie o śmierci i przeszedł ją dreszcz. Nie, nie współczuła mu, za bardzo go nienawidziła, ale sama myśl o odejściu z tego świata była dla niej straszna i niedorzeczna. Tak to było z magami z Gildii, stykali się w swoim życiu ze śmiercią wiele razy, ale świadomość, że oni też kiedyś umrą była dla nich nie do przyjęcia i starali się o tym nie myśleć. Victoria przez resztę dnia nie mogła usiedzieć w jednym miejscu, aż wreszcie położyła się spać, zastając przedtem w sypialni Liliannę patrzącą w okno. Żadna nie zwróciła na drugą uwagi i po chwili czarodziejka już zasnęła, a sny, które miała tej nocy, nie były wcale przyjemne.

***

Iarin, mimo że wyruszył sam, nie miał bynajmniej żadnych problemów ze znalezieniem domu wróżbitki Hikrae. Widział już go wcześniej, przechodzili koło niego raz czy dwa. Sprawna komunikacja miejska tylko jeszcze ułatwiała sprawę. Nie minęło więc nawet dwadzieścia minut, a już był na miejscu. Dom, przed którym stał, odróżniał się wyraźnie od otoczenia, przypominał raczej budynki radendzkie. Ku zdziwieniu chłopaka przy wejściu nie było żadnych zabezpieczeń, lecz na progu leżało wielkie zwierzę, przypominające panterę o kruczoczarnym futrze. Nie wyglądało na agresywne, więc chłopak zbliżył się ostrożnie. Wtedy ogromny kot podniósł się i rzekł:
-Bądź pozdrowiony, wybrańcu bogów – fatirny* bowiem wiedzą więcej, niż się ludziom wydaję i widocznie wyczuł, że zbliżający się chłopak jest niezwykły.
-Pani Hikrae jest w domu? – spytał Iarin, starając się nadać swojemu głosu lekceważący ton, żeby ukryć zdziwienie. W końcu nieczęsto spotyka się mówiące pantery, witające cię na dodatek w tak zadziwiający sposób.
-Szlachetna wróżbitka przebywa właśnie w swojej komnacie oczekując ciebie.
-Więc rusz się, leniwy kocie, i zaprowadź mnie tam.
Zwierzę obrzuciło Iarina chłodnym spojrzeniem. Chłopak zaraz też utracił całą pewność siebie i przez chwilę miał wrażenie, że pantera rzuci się na niego. Wstrzymał oddech, nie zdolny do żadnego ruchu. Jednak po chwili ona odwróciła się i weszła do środka.
-Musisz się jeszcze wielu rzeczy nauczyć, Iarinie Sidernach – rzekło zwierze, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolone – słaby jest jeszcze twój umysł i można twoją wolą kierować niczym wolą bezbronnego kociaka. To jednak cecha naturalna dla twojego wieku i nie byłoby w tym niczego niewłaściwego, gdyby nie twoje słowa. Mądre stworzenie bowiem powinno wiedzieć, jak zwracać się do silniejszych, jak pozyskiwać sobie ich przychylność i jak ich oszukiwać, aby odnieść korzyść dla siebie. Przebaczam ci jednak ten pierwszy raz i puszczę twoje słowa w niepamięć – pouczyło go, a chłopak nie śmiał przerwać. Fatirn wyczytał jednak na jego twarzy złość, gdyż jeszcze wiele czasu musiało minąć, zanim nauczył się on kontrolować swoje uczucia.
Po chwili weszli wreszcie do komnaty, w której siedziała Nevra Hikrae. Ubrana była w ciemną suknię, prostą, przypominającą trochę zwykłą szatę magów. Mimo że była zamożną osobą, nie nosiła żadnych ozdób, co być może jeszcze bardziej uwidaczniało jej niezwykłą urodę.
-Witam w moim domu, panie Sidernach.
-Witam panią, pani Hikrae – odparł, czując się trochę nieswojo. Nevra bowiem wpatrywała się w niego intensywnie swoimi szaro-zielonymi, dziwnie błyszczącymi oczyma. Nagle jednak wstała i uśmiechnęła się przyjaźnie, dzięki czemu wyglądała już dużo normalniej.
-Pewnie nie tak do tej pory wyobrażał sobie pan powszechnie szanowaną specjalistkę od snów. Ja jednak jestem tak naprawdę Wróżbitką, chociaż wielu moich przyjaciół w Reilinrenie w to nie wierzy.
-Potrafi pani przepowiadać przyszłość? – spytał po części z niedowierzaniem, po części szyderczo, jako że większość ludzi w obecnych czasach nie wierzyła w Wróżbitów.
-Przyszłość to nie jest jakaś jasno spisana książka, ona ciągle się zmienia i ma nieskończenie wiele alternatyw – uśmiechnęła się tajemniczo – ale los niektórych został zapisany w gwiazdach na długo przed ich narodzinami. Oni mają szczęście tworzyć Historię.
-Skoro ktoś inny pokierował ich życiem, to chyba nie jest takie szczęście – stwierdził kpiąco Iarin.
Nevra roześmiała się.
-Ci, którymi kieruje Los, mają władzę nad pozostałymi i w rezultacie nikt nie jest całkiem wolny. Ale to chyba nie o tym mieliśmy rozmawiać. Pokaż mi swój sen.
-Jak?
-Pozwól mi wejść do swojego umysłu.
Iarinowi zdecydowanie nie spodobał się ten pomysł. Stojąca przed nim kobieta sprawiała wrażenie lekko nawiedzonej, a na dodatek mówiła zupełnie niedorzeczne rzeczy.
-Jeśli chcesz, żebym ci pomogła, muszę go zobaczyć – rzekła, widząc wahanie chłopaka.
-Dobrze – odrzekł wreszcie. W końcu te sny też nie były normalne i być może to właśnie ktoś taki jak ona będzie umiała je wytłumaczyć.
Przez chwilę Iarin widział tylko parę szaro-zielonych oczu, które zdawały się przenikać w głąb jego świadomości. Nakierowała jego myśli na sen. Rzeczywistość zaczęła powoli znikać, liczyła się tylko przestrzeń duchowa, dwa umysły złączone starożytną magią... Chłopakowi wydawało się, że minęła cała wieczność, zanim Nevra zamrugała oczami, zrywając owo połączenie.
-Wiesz kto to jest Pani? – zapytała po chwili milczenia. Widać było, że ujrzany przed chwilą sen poruszył nią do głębi.
-Przecież każdy wie, to ta fałszywa bogini, której kult...
-Znaczy że nie wiesz. Pani istnieje naprawdę i jest bardzo potężna. Zaiste jesteś wybrańcem bogów...
-Ale o co chodzi w tym śnie?!
-Nie wiesz, co to za bitwa, kim był ten, kogo zabiłeś?
-Wyglądał trochę jak Francis Carlisie... Ale to nie mógł być on, przecież jego zabiła Angelique Nagrenesse.
-Ach, czego was uczą na tej historii – westchnęła Wróżbitka – Angelique Nagrenesse, jako przywódczyni najsilniejszego odłamu opozycji próbowała przejąć władzę i gdy się jej to częściowo udało, kazała wprowadzić taką właśnie oficjalną wersję. Obecnemu nadreiowi to też widać na rękę. Po co wywoływać niepokoje wśród ludu i przypominać im o tym, co było, o Pani – rzekła kpiąco.
-Tyle że co ja mam z tym wspólnego?
-Ja tego nie wiem, nie mogę ujrzeć wszystkiego. Ale jest ktoś, kto mógłby...
-Kto taki?
-Arlach Ralleiniilish, Najwyższy Kapłan Świątyni Pani w Lishkanie.
-O nie, ja mam iść do tego przeklętego miasta, do głównej siedziby szalonych sekciarzy...
-Mówisz o czymś, o czym nie masz żadnego pojęcia. Czy ty naprawdę jesteś tak zaślepiony propagandą Nowej Rady?
Iarin przez chwilę nie mógł znaleźć żadnej odpowiedzi, aż wreszcie powiedział:
-Zresztą i tak nie miałbym jak się tam udać, bo do Lishkanu można podróżować tylko ze specjalnym zezwoleniem któregoś z namiestników.
-O to nie musisz się martwić – uśmiechnęła się Nevra – wszystko zależy tylko od twojej zgody. Od tego zależy też twoje życie, na Alitsei nie jesteś bezpieczny, Ona prędzej czy później cię wytropi.
-A czy tą „Nią” nie jest przypadkiem... namiestniczka Medea?
-Ja nic nie wiem, odpowiedź na swoje pytania znajdziesz w Lishkanie.
-A podobno jesteś Wróżbitką – rzekł szyderczo Iarin.
-I teraz mówię ci jako Wróżbitka – twoje losy są związane z Lishkanem i powinieneś tam się udać, aby wypełnić przeznaczenie.
-A jak tego nie zrobię?
-Wybór należy do ciebie. Jeśli chcesz nadal żyć w niepewności, proszę bardzo. A jak nie, to przyjdź za pojutrze na Tarish Argev, tylko stamtąd można się teleportować aż pod samą granicę. Będę na ciebie czekała, Wybrańcu. A teraz idź już.
Iarin wyszedł z domu Wróżbitki z jeszcze większym mętlikiem w głowie niż przedtem. „Wybraniec... Czyżbym ja był jednym z tych, którzy „tworzą Historię”, jak wyraziła się ta wariatka?” To wszystko zaczynało mu się coraz mniej podobać, lecz skoro już przyłączył się do tej gry, teraz nie miał wyboru – wiedział, że Nevra Hikrae nie będzie czekała na Tarish Argev na próżno i że on przyjdzie.


*nie wiadomo do końca, skąd się wzięły te ogromne, inteligentne koty, lecz przypuszcza się, że są one wynikiem jednego z wielu eksperymentów magiczno-genetycznych w IV Arlandzie; niektóre źródła jednak podają, że żyły one od zarania dziejów na wyspach na morzu wschodnim i przybyły one na Eanolę razem z Lorielaie
Lena Nika
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:
Księga gości
Wpisz się
Zobacz

O mnie
O mnie

Dodaj do ulubionych

Archiwum
2007
czerwiec (5)
lipiec (5)
sierpien (3)
wrzesień (3)
październik (1)
grudzień (4)

2008
styczeń (3)
marzec (1)
kwiecień (1)
czerwiec (1)
lipiec (1)
wrzesień (1)



Linki
Oceny
Diagnozy
Piff Paff
Rygorystyczne oceny
Ocenodajnia
Niekonwencjonalne oceny
Notes by Dark Elves
Oceny von Fenix
Elfie oceny
Red Hot Opinions
Hell Opinions
Oceny Przesłania
Lustrzane odbicie
Poczochrane Oceny
In my opinion
Pióro i atrament
Oceny porady blogowe
Magiczne Oceny
Liga Ochrony Psychiki
Rzetelnie
Oceny Black Lady
Lady Lavender
Rasowe oceny
Mhrocne oceny
Indicationis
Ocenimy doradzimy
Oceny tasakiem czynione
Verba et Voces
Oceny Emmy
Oceniam Sztukę
Weasley Ginny
Ewaluacja blogów
Artystyczny
Dictum Acerbum
Oceniamy szczerze
Oceniamy nie gnoimy

Muzyka
Leaves' Eyes
Lilith
Therion
Nightwish
Rammstein
Sirenia
Evanescence
Theatre of Tragedy
Within Temptation
After Forever
Vanilla Ninja
Tristania
Epica
Artrosis
Closterkeller
The Gathering
Delight
Lacuna Coil
Avril Lavigne

Inne, które czytam
Naja Snake ("Siedem bram")
Fortih Shis
Childern of paradise
Broken virtue
Fallen Battle
Krwawa mafia
Dragons War
Naja Snake ("Skrzydlaci")
Anrite
Naja Snake ("Wojna o Monetę")
Naja Snake ("Cisza przed burzą")
Naja Snake ("Fűhrer")
Deamonium
Blog Weroniki

Różne
My, amatorzy
Forum Rivanehna
Fantasyworld



Ulubieni
ajrlinnarnianight-and-raintrilogy-of-crystalkroniki-iloeneriagravainephantom-of-the-operanaznaczenishariankaiziilvea

Lay by Lena Nika